Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emigracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emigracja. Pokaż wszystkie posty
"Sonia" Magdalena Zimny-Louis

"Sonia" Magdalena Zimny-Louis

Ostatnio oglądając wiadomości telewizyjne czy przeglądając gazety zauważyłam, iż praktycznie codziennie pojawiają się newsy o krzywdzonych dzieciach. Nie wiem czy to przez te upały, czy też jako matka dwójki zaczęłam bardziej zwracać uwagę na cierpienie maluchów, jednak codziennie słyszę o dzieciach zamordowanych, pobitych, zgwałconych, wyrzuconych czy zostawionych w zamkniętym samochodzie na czterdziestostopniowym upale. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że koniec świata poznamy po tym, że zginą wszyscy niewinni. Czyżby apokalipsa się już rozpoczęła? Magdalena Zimny-Louis w swojej książce "Sonia" porusza bardzo ważny i niezwykle szokujący temat pedofilii. Choć nie ma tutaj brutalnych opisów, czy przekazu rodem z produkcji braci Sekielskich, tak książka ta porusza i może służyć za bardzo dobry wstęp do dyskusji na temat patologicznych zachowań. Teraz, już po lekturze, muszę przyznać iż nadal jestem w szoku. Autorce udało się owinąć mnie wokół palca, przepuścić przez maszynkę do mielenia uczuć, wyżymać i powiesić na sznurku. Wiem, że niektóre obrazy z tej książki pozostaną we mnie już do końca życia i właśnie to,świadczy o jakości utworu, że zapada w pamięć i zmienia światopogląd czytelnika.

W 1979 roku dziewięcioletnia Sonia i piętnastoletnia Maria spędzają ostatnie rodzinne święta Bożego Narodzenia. Ojciec porzuca córki i żonę i wyjeżdża z inną kobietą do Ameryki. Jego nagłe odejście załamuje całą konstrukcję rodziny Hamerów, w której psują się nie tylko stosunki między siostrami, lecz także dochodzi do tragedii. Sonia dopiero po ucieczce z domu wskazuje prawdziwego sprawcę wielokrotnych gwałtów i aktów przemocy, jakich była ofiarą, jednak najdroższe jej osoby – mama i siostra – odwracają oczy i milczą. Co jeszcze musi się wydarzyć, żeby dorośli uwierzyli w krzywdę, jaką wyrządzono dziecku? 

Wstydzimy się mówić o pedofilii. Dla normalnych ludzi traktowanie nieletnich jako obiektów seksualnie atrakcyjnych, jest afirmacją poważnych zaburzeń psychicznych. Często nie możemy uwierzyć w to, iż nasze dzieci mogą w kimś wzbudzać tak potężne, skrajne emocje, że jest on gotowy do popełnienia przestępstwa. Właśnie przez tę niewiarę często bagatelizujemy problemu, uważając, że przecież on nas nie dotyczy. Niestety, drodzy państwo, to że zamkniemy oczy i odwrócimy się plecami nie zmieni rzeczywistości. Z pedofilami próbowano walczyć na wiele sposobów. Kiedyś ich kamieniowano i wypalano na skórze piętna, trafiali na krzesła elektryczne a w bardziej "cywilizowanych" społeczeństwach stosowano różnego rodzaju leki obniżające popęd seksualny. Niestety wszystkie te zabiegi nie przyniosły skutku i tych chorych ludzi z roku na rok jest coraz więcej. Dzięki powszechnemu dostępowi do internetu, gdzie "bywają" młodzi nastolatkowie i naiwne, nieświadome dzieci, zboczeńcy czują się jak w raju. Liczba potencjalnych ofiar jest nieograniczona. Jednak niebezpieczeństwo, które czyha na nasze dzieci, nie przychodzi jedynie z zewnątrz, o czym skutecznie przekonała mnie Magdalena Zimny-Louis. Akcja "Sonii" rozgrywa się bowiem w czasach kiedy globalna sieć była jeszcze w sferze fantazji a telefonia komórkowa w powijakach. Źli ludzie musieli bardziej się postarać a prawda, jak wychodziła na jaw, albo szokowała lokalną społeczność, albo była przez nią odrzucana. Mam w rodzinie ciotkę, której mąż popełnił samobójstwo. Ta kobieta odseparowała się od całego świata, unika znajomych i najbliższych a zakupy robi w sąsiednim mieście. Zrezygnowała nawet z telefonu stacjonarnego gdyż bała się zbytniego zainteresowania i wścibskich sąsiadów. Spadł na nią nimb hańby, a przynajmniej sama tak uważa, gdyż tak naprawdę w dzisiejszych czasach, mało kto interesuje się swoim otoczeniem. Ot facet się wyhuśtał, a życie toczy się dalej. Jednak ciotka jest kobietą starej daty i pewnych rzeczy nie da się jej wytłumaczyć. Dla niej mąż z ukochanego stał się grzechem, który uczynił ją czarną owcą w rodzinie, jednostką skazaną na samotność. My, gatunek ludzki, nie lubimy odmienności. Chcemy być tacy jak nasi sąsiedzi zza ściany czy koledzy z pracy. No może marzymy o lepszym samochodzie czy wakacjach w jeszcze dalszym, bardziej egzotycznym kraju ale nic ponad to. Oczywiście chętnie byśmy trafili do telewizji śniadaniowej, jednak jako celebryci a nie ofiary a nie daj boże sprawcy. W naszej rodzinie, naszym domu nie ma prawa dziać się nic złego, bo przecież takie rzeczy to dzieją się tylko w telewizji, w "Trudnych sprawach" czy "Wiadomościach". Właśnie taka znieczulica i (parafrazując naszego byłego prezydenta), "pomroczność jasna" dotknęła kilku z bohaterów niniejszej książki. Choć dostały dowody na to, że ich dzieci są molestowane, choć same dziewczynki dosłownie pokazały jakie "zabawy" rozgrywają się w ich sypialni, to nikt im nie uwierzył. Czytając tę powieść, zastanawiałam się nad tym, jakie to straszne, kiedy nasi właśni rodzice nam nie ufają, szczególnie w tak ważnych sprawach jak nasza krzywda. Niestety sytuacje, kiedy matka "przymyka" oko na, jak to nazywa, nieobyczajność swojego partnera względem córki, czy wręcz zwala całą winę na jej frywolny wygląd, nie należą do rzadkości. Zanim zaczniemy walkę z pedofilią na dobre, powinniśmy najpierw wyedukować społeczeństwo, oduczyć je wstydu. Musimy zacząć słuchać naszych dzieci i nie oglądać się na innych. Sąsiadów i przyjaciół zawsze można znaleźć nowych a krzywdy wyrządzone w młodości, pozostają w psychice człowieka już na zawsze. Żałuję jedynie, iż autorka potraktowała problem pedofilii nieco stereotypowo : oczywiście winnymi całego zła tego świata są księża, homoseksualiści czy ojczymowie. Niestety, zboczeńcy nie ograniczają się do tych grup społecznych. Sam fakt, że największa liczba pedofili znajduje się w środowisku nauczycielskim świadczy o tym, że znane nam stereotypy są przestarzałe i mogą okazać się bardzo krzywdzące. 

Oprócz pedofilii, autorka porusza również temat imigracji. Ci, którzy śledzą mojego bloga wiedzą, iż ponad dziesięć lat temu opuściłam nasz piękny nadwiślański kraj, i wyjechałam na studia do deszczowej, lecz jakże tajemniczej i uroczej, Irlandii. Nie martwcie się, nie zostałam wieczną studentką. Po otrzymaniu dyplomu postanowiłam zostać na zielonej wyspie i to właśnie tutaj jest dziś mój dom. Przez te lata emigracji poznałam bardzo wielu przybyszów z różnych zakątków naszego świata. Pracowałam i z Brazylijczykami i z Nepalczykami, ba trafił się nawet obywatel Wysp Wielkanocnych i Madagaskaru. Jednak wierzcie mi, to co mówią o emigracji polskiej, ze wszystkimi jej przywarami i kolorytem, jest jak najbardziej prawdziwe. Jesteśmy bardzo wyróżniającą się diasporą i niestety, nie zawsze darzą nas sympatią. Ja również miałam parę rozczarowujących i smutnych doświadczeń z przybyszami znad Wisły. W Irlandii sprawdza się powiedzenie, że prędzej pomoże nam obcy niż nasz rodak. Magdalena Louis sama jest emigrantką, na stałe mieszkającą w Wielkiej Brytanii, więc doskonale wie jak się sprawy mają. W swojej najnowszej książce postanowiła jednak odesłać naszych bohaterów jeszcze dalej, aż za ocean, by tam prowadzili intensywne życie "hamerykańskich" Januszów i Mariolek, wraz z ich Brajanami i Dżesikami. Muszę przyznać, że pomimo ciężkich tematów które porusza to książka, kilkukrotnie nie mogłam powstrzymać się od śmiechu, jak czytałam o amerykańskiej Polonii. Bawiły mnie utapirowane blondyny w stylu Peggy Bundy i wystrojeni w kolorowe dresy podstarzali amanci, którzy po kilku latach za wielką wodą już zapomnieli rodzimego języka. Bawiła mnie ich hipokryzja i przemądrzałość, wywyższanie się i przechwalanie dolarami, które specjalnie rozmieniali na mniejsze nominały, by portfel wydawał się grubszy. Byli to ludzie, którzy wyjechali w pogoni za swoim "amerykańskim snem" jednak kiedy się z niego obudzili to okazało się, że po dziesięciu latach zostali na bruku ze startą ubrań zapakowaną w worek na śmieci. Nie dorobili się ani fortuny, ani domów, ani nawet zielonej karty. Podobał mi się kontrast, który stworzyła autorka, porównując jeszcze komunistyczną Polskę, do kolorowych, wyzwolonych i rozwiniętych technologicznie Stanów Zjednoczonych. Właśnie takich smaczków poszukuję w literaturze. Kiedy w kraju Gierka kupowało się meblościanki, piło oranżadę z saturatorów a łazienkę czyściło octem, tak u naszych przyjaciół za oceanem montowano klimatyzacje, pito coca-colę i opracowywano formułę na Domestos. Jakie to musiało być zarazem piękne i dziwne, wyjechać do kraju tak zaawansowanego technologicznie i próbować się tam odnaleźć. Muszę powiedzieć, że podziwiałam zarówno Marię , jak i Alę, które choć wybrały zupełnie różne ścieżki w drodze do sukcesu, to konsekwentnie po nich stąpały.

Zresztą "Sonia" to nie tylko książka o różnicach pomiędzy rozwiniętym Zachodem, a tym co pozostało za Żelazną Kurtyną, to również opowieść o przeszłości i teraźniejszości, i tym jak przez te trzydzieści lat zmieniło się nasze społeczeństwo. Z jednej strony gołym okiem widać co się zmieniło : technologia ruszyła z kopyta, granice się otworzyły, nastąpiła częściowa, a gdzieniegdzie nawet całkowita liberalizacja obyczajów. Z drugiej strony jednak, nadal żyją ludzie, którzy wychowali się w starym systemie, którzy pewnych rzeczy nie są w stanie zaakceptować. Żeby daleko nie szukać, weźmy pod lupę chociażby moją babcię, która zawsze się krzywi na widok tęczowej flagi i jest oburzona tym, co się wyprawia na Palcu Zbawiciela. Zawsze mówi, że Zbawiciel to się teraz w grobie przewraca. 
Głównym tematem naszej książki, który nawet przez samą autorkę jest sukcesywnie spychany gdzieś na peryferia fabuły, jest odnalezienie Sonii i dowiedzenie się, co takiego wydarzyło się w przeszłości. Jaka tragedia doprowadziła do rozbicia rodziny? Czy oskarżając dziewczyna mówiła prawdę czy też realizowała swój konkretny plan? Muszę przyznać, iż zakończenie powieści nie dostarczyło mi wyczerpującej odpowiedzi. Owszem była zaskakujące jednak mam wrażenie, że autorka nie do końca je przemyślała. A może po prostu zostawiła sobie otwartą furtkę do kontynuacji? Jeśli tak to chętnie ją przeczytam.

Magdalena Zimny-Louis umie pisać tak, by czytelnik był w stanie wiecznego napięcia. Muszę przyznać, że w przypadku powieści obyczajowych, jest to zadanie trudne i wymagające wielkiego zaangażowania. Styl autorki charakteryzuje pewien młodzieżowy "sznyt", który sprawia że jej dialogi są niezwykle współczesne, zabawne i takie jakich oczekiwałam po ludziach, którzy mogliby być moimi rówieśnikami. Louis nie boi się męskiego, brutalnego i dobitnego języka, lubi grać na emocjach, oburzać czy wręcz szokować czytelników. Nie często w końcu zdarza mi się czytać o masowaniu "księżych" genitaliów. Z chęcią przeczytam kolejne książki autorki, a jeśli nadarzy się taka okazja, to i poprzednie. Wam również polecam.

Tytuł : "Sonia"
Autor : Magdalena Zimny-Louis
Wydawnictwo : Świat Książki
Data wydania : 13 lutego 2019
Liczba stron : 336



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi : 
https://sztukater.pl/
"Mapa soli i gwiazd" Zeyn Joukhadar

"Mapa soli i gwiazd" Zeyn Joukhadar

     Kilka lat temu, w lecie 2015 roku, wraz z mężem wybraliśmy się samochodem na wakacje. Nasza trasa prowadziła przez francuskie Callais. To właśnie w tym roku, powstał tam cieszący się złą sławą obóz dla uchodźców, głównie z dotkniętej wojną Syrii, potocznie nazywany dżunglą. Kiedy jechaliśmy wzdłuż ogrodzenia czuliśmy się jak na terytorium dotkniętym wojną. Wszędzie stali żołnierze z karabinami maszynowymi, a zza krat obozu przyglądali nam się podejrzanie wyglądający brodaci ludzie. Tamtego lata rozgłośnie radiowe i stacje telewizyjne licytowały się, która z nich poda najwięcej przypadków przestępstw popełnionych przez przybyszy ze Wschodu. Zarzucano im gwałty, morderstwa, kradzieże, nielegalne przekraczanie granicy, stręczycielstwo czy pobicia. Niestety większość z tego była prawdą. Kiedy otwierają się granice, a przez Europę przelewa się fala setek tysięcy ludzi , nie ma sposobu by wyłapać tych "złych". Jednak w tych zamkniętych, cieszących się złą opinią obozach, umieszczeni zostali również ci, którzy stracili wszystko, a jedyne czego pragną to znaleźć miejsce gdzie zbudują nowy dom. Są to całe rodziny, uciekające przed terrorem, których domy zostały zniszczone, mienie zostało przysypane gruzami a pieniądze zjadła szalejąca inflacja i łapówkarze. To właśnie o takich ludziach jest ta książka : o tych niewinnych, których jedynym przewinieniem było to, że urodzili się w kraju, który ich nie chciał. 

Historia dwóch dziewcząt – Nour, współczesnej syryjskiej uciekinierki, i Rawiji, średniowiecznej uczennicy legendarnego kartografa. Obie podążają tym samym szlakiem przez Środkowy Wschód i Afrykę Północną, stawiając czoło temu, co nieznane.
Tuż po śmierci ojca, matka Nour postanawia opuścić Nowy Jork i wrócić do Syrii, aby być bliżej swojej rodziny. Jednak kraj, który znała, jest w trakcie zmian. Protesty i bombardowania zagrażają spokojnemu życiu w Homs. W dniu kiedy pocisk burzy ich dom i niemal pozbawia życia, Nour i jej rodzina muszą zdecydować: zostać i ryzykować czy uciekać w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca.
Osiemset lat wcześniej szesnastoletnia Rawija wie, że musi pomóc owdowiałej matce. Opuszcza dom w poszukiwaniu szczęścia. Udając chłopca imieniem Rami, zostaje uczennicą sławnego uczonego al-Idrisiego, który na zamówienie króla Sycylii ma wykonać mapę świata. Razem z nim dziewczyna wyrusza w epicką podróż…
 

"Mapa soli i gwiazd" to książka, która składa się z dwóch, na pozór odrębnych a jednak przenikających się opowieści. Pierwsza z nich rozgrywa się w czasach nam współczesnych. Poznajemy rodzinę, której korzenie wywodzą się z Syrii, jednak postanowiła zamieszkać w Stanach Zjednoczonych. Kiedy głowa rodu umiera na raka, wdowa po nim wraz z trzema nastoletnimi córkami, postanawia wrócić do swojej ziemi ojczystej. Ma im w tym pomóc przyjaciel zmarłego, zamieszkały w syryjskim Hims. Choć wszystkie postacie w tej historii są ważne, tak autor najbardziej skupia się na sylwetce najmłodszej Nour, dziewczynce, która nie pamięta swojego rodzinnego kraju, nie zna języka i obyczajów i nigdy nie żyła w państwie muzułmańskim. Muszę przyznać iż podziwiałam ją za odwagę. Jest oczywistym, że jako niepełnoletnia, nie mogła sprzeciwić się woli własnej matki, jednak to jak przyjęła wyjazd w nieznane, było w moich oczach heroiczne. Ja sama mieszkam za granicą, jednak Polskę odwiedzam kilka razy do roku. Zresztą mój rodzinny kraj opuściłam będąc już dorosłą osobą i doskonale wszystko pamiętam zarówno z własnego dzieciństwa jak i lat późniejszych. Nadal w naszym pięknym kraju na Wisłą, czuję się jak w domu. Tam mieszka moja rodzina i przyjaciele, tam mam konto oszczędnościowe i tam robię zakupy, nie bo taniej, lecz bo mamy większy wybór. Nour nie pamiętała nic. Syrię znała dzięki opowieściom ojca oraz swoich sióstr, ze starych fotografii oraz dzienników telewizyjnych. Muszę przyznać iż troszkę żałuję, że autor nie do końca wykorzystał potencjał swojej historii. Spodziewałam się, że poprzez Nour, pokaże nam kontrast pomiędzy demokratycznym, nowoczesnym i "wolnym"światem zachodu a muzułmańską, konserwatywną i tradycjonalistyczną Syrią. Z pewnością dziecko wyrwane z amerykańskiej szkoły, gdzie każdy miał równe prawa, musiało przeżyć szok w miejscu, gdzie istnieje wyraźny podział na "chłopców i dziewczynki", gdzie kobiety nadal są zależne od mężczyzn. Niestety Joukhadar miał inny zamysł, i zamiast na obyczajowości skupił się na temacie wojny, która kolejny raz wypędziła rodzinę z miejsca zamieszkania. Oczywiście muszę przyznać autorowi rację : temat ludobójstwa w Syrii i krajach bliskiego wschodu jest niezwykle ważny i współczesny, a my jako obywatele wolnej od terroru i walk Europy, powinniśmy poczuć empatię z naszymi sąsiadami. Być może wtedy zrozumiemy ludzi, którzy żyją w obozach, którzy narażając własne życie giną na barkach i pontonach chcąc dostać się do Włoch. 
Kiedy na dom Nour w Hims, spadły bomby, rodzina wiedziała, że nie mogą tam pozostać dłużej. Kolejny raz musieli uciekać, tylko teraz zewsząd otaczała ich wojenna zawierucha, a ich wędrówka była niczym innym niż wyścigiem z czasem. Było tylko kwestią paru dni, aż granice zostaną zamknięte a oni utknął w środku piekła. Muszę przyznać, że ich walka o wolność, mnie wzruszyła i jednocześnie przeraziła. Ci ludzie udowodnili mi, że nasz gatunek, potrafi naprawdę wiele znieść i się nie poddać. Starta majątku, choroby, wypadki, zatonięcie statku którym podróżowali, rozłąka z najbliższymi, wszystko to stało się ich udziałem. Jednak ani razu się nie poddali, nie zwątpili, wierząc że na końcu drogi odnajdą w końcu dom. 

Kolejna historia jest nieco bardziej bajkowa, choć paradoksalnie właśnie w niej jest więcej prawdy niż w opowieści o Nour. Inspirowana jest ona bowiem życiem Al-Idrisiego, arabskiego kartografa, geografa i podróżnika, który działał na dworze króla Sycylii, Rogera II, który to również pojawia się w tej książce. Oczywiście nie mamy tutaj do czynienia z biografią lecz ze zmitologizowaną historią, w której pojawia się dana postać. Główną bohaterką tej baśni (gdyż jest to legenda opowiedziana przez ojca Nour), jest Rawija , która postanawia opuścić swoje rodzinne miasteczko i przebrana za chłopaka, zatrudnić się jako pomocnik znanego kartografa. Od najmłodszych lat uwielbiała patrzeć się w gwiazdy i miała wielką nadzieję, na przeżycie przygody życia. Po zdanym sprawdzianie, któremu poddał ją Al-Idrisi, karawana kartografa wyruszyła w drogę. Ich celem było stworzenie najdokładniejszej mapy świata i dostarczenie jej królowi. Muszę przyznać iż ich podróż była iście epicka i bardzo bajkowa. Przypominała legendy o Sindbadzie Żeglarzu i Opowieści z Tysiąca i Jednej Nocy. Wędrowcy szli przez owładnięte wojną ziemie, musieli pokonać mitycznego ptaka, zwanego rokiem, dostali się do niewoli oraz przeżyli zatonięcie statkiem. Autor zabiera nas w fantastyczną wyprawę po Bliskim Wschodzi, przez miejsca takie jak wydrążona w skale Petra, czy Kasr Amra, jeden z pustynnych zamków w ówczesnej Jordanii. Za pomocą pięknych opisów oraz pasji z jaką Joukhadar opowiada o tych budowlach i krainach, nasza wyobraźnia zostaje pobudzona do granic możliwości. Okazuje się bowiem, że Wschód to nie tylko pustynia, lecz miejsce gdzie narodziła się historia. 
Jednak opowieść o Rawwiji oraz jej towarzyszach drogi, to nie tylko legenda, to również ciekawa analiza społeczeństwa. Nasi podróżnicy, dostrzegają coś, co dziś nam umyka lub po prostu staramy się tego nie dostrzegać. Zauważa, że wszystkie wojny , to "zabawa" wielkich tego świata, którzy nie szanują i nie wliczają w koszty swoich podbojów, ludzi za których są odpowiedzialni. Góra walczy, dół grzebie trupy najbliższych. Na przykładzie tej historii widzimy bezsens wojny, w całej swojej tragicznej odsłonie. I paradoksalnie jest on skonfrontowany z tym, ile dobrych rzeczy zrobili dawni królowie. Autor stawia na przeciwko siebie śmierć z narodzinami, zniszczenie i budowę, wojnę i sztukę. Kiedy widzimy je obok siebie nie jest ciężko wybrać co jest lepsze. 

"Mapa soli i gwiazd" to książka pełna metafor, symboli i ukrytych znaczeń. Dużą rolę odgrywają tutaj kamienie, gwiazdy, mapy i język. Często trzeba się kilkukrotnie zastanowić nad monologami wewnętrznymi naszych bohaterów by w pełni je zrozumieć. Dzieło Joukhadara porusza problem naszej tożsamości narodowej i migracji. Pokazuje jak ciężko jest odnaleźć swoje miejsce na ziemi. Jest to bardzo mądra i niezwykle współczesna przypowieść, która za pomocą pięknych słów, opowiada nam o tym, co przeżywają ludzie zaledwie kilka tysięcy od nas. Tutaj nie pomogą paczki z prowiantem czym pomoc humanitarna. Zanim zaczniemy przelewać pieniądze i wysyłać kosmetyki, musimy zrozumieć co leży u podłoża konfliktu, w wyniku którego ludzie muszą opuszczać swoje domy. 

Powieść ta do głębi mnie wzruszyła. Z jednej strony skończyła się happy endem, jednak miał on wyjątkowo gorzki posmak, bo czyż cokolwiek w świecie ogarniętym wojną, może naprawdę cieszyć? Autor pokazał nam, że nasza narodowość tak naprawdę nie ma znaczenia a światem nie rządzi nic innego jak brutalność i nieograniczona biurokracja. Procedury azylanckie trwają, ludzie żyją na skraju nędzy, często nikt się o nich nie troszczy. Stają się obywatelami dżungli, gdzie przetrwają najsilniejsi. Nasze bohaterki (i bohaterowie oczywiście) byli na tyle zdeterminowani, że udało im się dotrzeć do celu , odnaleźć siebie i swoje przeznaczenia, jednak na świecie są miliony innych ludzi skazanych na porażkę, na tułaczkę i zapomnienie. To właśnie o nich powinniśmy rozmawiać, zrobić coś by pomóc, choć nie wiem czy w świecie wypełnionym przemocą znajdziemy aż tylu altruistów. Pozostaje nam jedynie mieć nadzieję. I wierzyć. W Boga. Obojętne którego, ważne by nas wysłuchał. Polecam.


Tytuł : "Mapa soli i gwiazd"
Autor : Zeyn Youkhadar
Wydawnictwo : Czarna Owca
Data wydania : 19 czerwca 2019
Liczba stron : 408
Tytuł oryginału : The Map Of Salt And Stars 


Za możliwość przeczytania książki i jej zrecenzowania serdecznie dziękuję wydawnictwu :  

https://www.czarnaowca.pl/



Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

"Poza siebie" Sasha Marianna Salzman

"Poza siebie" Sasha Marianna Salzman

Muszę przyznać, że choć Sasha Marianna Salzman jest znana w Niemczech ze względu na swój wkład w rozwój kultury, a książka "Poza siebie" jest laureatką jednej z prestiżowych nagród literackich, tak gdyby nie wydawnictwo Prószyński i S-ka, prawdopodobnie nigdy nie dowiedziałabym się o jej istnieniu. I byłoby to niepowetowaną stratą. Debiut niemieckiej autorki, jest bowiem jedną z najbardziej współczesnych i ważnych powieści ostatnich lat. Kiedy dyskutujemy na tematy związane z kryzysem emigracyjnym, pytania, które padają są zazwyczaj jednostronne. Jaki wpływ mają migranci na europejską kulturę i ekonomię? Jak zmieni się przestrzeń publiczna, społeczeństwo i szeroko pojęte "życie" w multikulturowym społeczeństwie XXI wieku. Nigdy za to nie spotkałam się z pytaniem o samych, przybyłych do Europy emigrantów. Jak się czują? Gdzie jest ich dom? Czy się tutaj odnajdą? Czy w ich nowych ojczyznach znajdzie się ktoś kto powie im jak  żyć i pomoże w odkryciu własnej tożsamości? Choć rolą tej książki, nie jest odpowiedzenie na te pytania, tak autorka rozpoczyna dyskusję i czeka aż temat zostanie podchwycony.Jednak czy my, Europejczycy, jesteśmy gotowi na poznanie prawdy?

Alisa wyrusza do Stambułu w poszukiwaniu swojego zaginionego brata. To właśnie z tego miasta mężczyzna wysłał ostatnią widokówkę. Bliźnięta zawsze były ze sobą bliska. Urodzeni w Moskwie, dzieciństwo spędzili w małym mieszkanku w niebezpiecznej, ubogiej dzielnicy. Ze względu na swoje żydowskie pochodzenie, padali ofiarami codziennych szykan. W końcu ich rodzice postanowili opuścić Rosję i wyemigrować na Zachód.. Choć Alisa i Anton większość swojego życia spędzili w Niemczech, nigdy do końca nie poczuli się pełnoprawnymi obywatelami tego kraju. Podróż Alisy to nie tylko próba odnalezienia  brata, to również wędrówka w poszukiwaniu własnej tożsamości i miejsca na ziemi.

Najmocniejszą stroną tej powieści jest sylwetka jej autorki. Salzman urodziła się w Wołgogradzie, dorastała w Moskwie. Kiedy miała 10 lat, wraz z rodzicami i  7-letnim bratem, wyjechali do Niemiec. Tam kobieta skończyła studia na kierunku literaturoznawstwa oraz wiedzę o teatrze i mediach. Po uzyskaniu dyplomu zajęła się pisaniem sztuk teatralnych. Jest kierownikiem artystycznym Studia Я. Jej sztuki były wystawiane na całym świecie i wielokrotnie nagradzane (źródło : lubimyczytac.pl). Teraz już wiecie dlaczego to właśnie ją uważam, za najważniejszą w tej powieści? Bo któż lepiej, niż emigrant, azylant a jednocześnie wychowanek demokratycznej Europy i jej pełnoprawny, zakorzeniony obywatel, ma prawo wypowiadać się w temacie emigracyjnej tożsamości? Pisząc autorka, nie tylko wymyślała fikcyjną historię lecz jednocześnie rozliczała się z przeszłością swoją i swojej rodziny. Czytając miałam nieodparte wrażenie rzeczywistości, "Poza siebie" jest czymś więcej niż świetnie napisaną powieścią obyczajową. To inspirowana prawdziwymi wydarzeniami z życia naszej autorki, na poły autobiograficzna opowieść o przemianach na świecie w ciągu ostatnich 50 lat. Postać głównej bohaterki Ali, jest niemalże lustrzanym odbiciem Salzman. Urodzona w Rosji, dzieciństwo przeżyła w żydowskiej rodzinie z tradycjami lekarskimi. Miała brata, i choć nie był on bliźniakiem, to różnica wieku była niewielka. Rodzina, w wyniku represji i prześladowań ze strony Rosjan, uciekła do Niemiec, gdzie przez pierwszych kilka lat mieszkała w domu azylanta. Tutaj fikcja pokrywa się z rzeczywistością. Próbowałam przeszperać internet w poszukiwaniu wiadomości o rodzinie autorki do trzech pokoleń wstecz, jednak bez powodzenia. Wiadome jest jedynie, że Marianna była tak zżyta ze swoim dziadkiem, że po śmierci seniora zapożyczyła sobie jego imię Sasha. Postać taka występuje również w powieści, jednak nie wiem na ile jego życiorys jest prawdziwy a na ile wymyślony. Mam jednak nieodparte wrażenie, że więcej niż połowa książki to fakty. Zastanawia mnie nawet, na ile fikcją był toksyczny, kazirodczy związek rodzeństwa. Czy autorka próbuje nam coś powiedzieć? Czy była to po prostu zgrabnie wpleciona metafora na bliźniaczy związek?

Jedno jest pewne : „Poza siebie” to bardzo dobra książka napisana przez autorkę, która nie dość Ze ma artystyczną duszę, to dźwiga bagaż doświadczeń typowy dla wszystkich emigrantów. Mi, jako osobie żyjącej poza granicami kraju, łatwiej będzie zrozumieć Salzmann, niż niejednemu czytelnikowi, który ma jeden kraj i jedną ojczyznę . Ja jestem zakorzeniona w dwóch miejscach naraz . Moje serce jest rozdarte pomiędzy miłością do ojczyzny a fascynacją krajem, w którym przyszło mi żyć. Jest jednak kilka zasadniczych różnic pomiędzy mną a autorką. Po pierwsze „moja emigracja” spowodowana była czynnikiem ekonomicznym i chęcią zarobku, nikt mnie do niczego nie zmuszał a wyjazd był suwerenna, dobrze przemyślana decyzja. Po drugie nie byłam obiektem prześladowań , a moja ojczyzna, którą jest Polska, nadal jest dla mnie miejscem długo wyczekiwanych powrotów. Nasi bohaterowie musieli opuścić swój kraj ponieważ pozostać tam stało się zbyt niebezpiecznym przedsięwzięciem . Pojechali do kraju równych szans, świetlanej przyszłości. Kraju, który pragnie odpokutować za zbrodnie hitlerowskie przyjmując rzesze uciekających przed prześladowanymi migrantów. Co prawda zdziwiło mnie, że Żydzi wybrali akurat Niemcy , kraj który ich narodowi wyrządził tyle krzywd. Oni, którzy cierpią odczuwając ciągły Weltschmertz , wrócili do domu kata. Pewnych rzeczy nigdy nie zrozumiem. Jednak nie mi to oceniać. I choć nowa ojczyzna powitała ich z otwartymi ramionami, dała pracę, edukację, pomoc materialną i finansową to nadal była jedynie miejscem gdzie się "przebywa", litą skałą na której nawet sukulenty nie zdołają zapuścić korzeni. Nasi bohaterowie, którym udało się odzyskać wolność, liczyli na to ze zostaną dostrzeżeni, odniosą sukces, dorobią się, wykształcą dzieci, które wyrosną na praworządnych obywateli. Niestety okazało się , ze prawdziwi Niemcy zawsze będą ich traktować jako obcy element, urzędnicy będą się niecierpliwić i wyśmiewać ich błędy językowe, aż w końcu przybysze zamkną się w swoich gettach tworząc Małe Rosje, Izraele czy Polski, grzebiąc tym samym idee asymilacji. Marzenia umrą, tęsknota za krajem będzie boleć coraz bardziej z dnia na dzień, a dzieci zamiast zostać lekarzami czy prawnikami rozjadą się po świecie w poszukiwaniu kolejnego własnego miejsca , kolejnej tożsamości. Świat jest pełen sierot bez ojczyzny. 

I właśnie o tym jest ta powieść. O odkrywaniu własnej tożsamości, własnego ja. I tytuł nie jest tutaj przypadkowy. Żeby poznać odpowiedź na pytanie kim jesteśmy, musimy nabyć zdolność wyjścia „poza siebie” by móc poddać własną psychikę szczegółowej analizie . Pojawiają się tutaj androgyniczne postaci, dorośli ludzie dopiero poznający własną seksualność . Dla Salzman to nie płeć jest ważna, tylko fakt ze jesteśmy ludźmi. Ali podróżując w głąb Stambułu, podróżuje również w głąb siebie. Na jej drodze staje dojrzały , pamiętający kawał historii Turcji wuj , ostrzykujacy się testosteronem Kato, oraz wiele innych postaci drugoplanowych , jednak niezmiennie kolorowych, które dokładają cegiełkę do psychicznej mapy naszej głównej bohaterki. Wnioski, do których dochodzi protagonistka, są smutne a koniec książki nie przynosi , tak długo wyczekiwanej ulgi. 

„Poza siebie” to powieść, która zachwyci wielbicieli ambitnych, inspirowanych życiem, historii obyczajowych . To książka , która w niezwykle barwny i dobitny sposób , przedstawia obraz powojennej Rosji, która niezmiennie jawi mi się jako odmienny stan umysłu. Dla Salzman ten wielki kraj to ojczyzna muzyki, bloków z wielkiej płyty, miłości dzieci do rodziców, wódki, gwałtów i komunizmu. Niemcy natomiast to kolos upadły na kolana, który błaga świat o przebaczenie . Jest jak worek bez dna, w którym zmieści się każdy szukający nowej ojczyzny . Muszę przyznać, że spostrzeżenia autorki są bardzo celne a wnioski , które przekazuje ustami bohaterów skłaniają do myślenia. Myślenia o setkach tysięcy ludzi wokół nas, którzy na pozór szczęśliwi skrywają mroczne sekrety i łzy wylane nad ojczyzną utraconą. Jest to szczera do bólu książka napisana przez niezwykle utalentowana obywatelkę nie Niemiec czy Europy lecz świata. Polecam. 





 

Tytuł : "Poza siebie"
Autor : Sasha Marianna Saltzman
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 18 września 2018
Liczba stron : 348
Tytuł oryginału : Ausser sich





        Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :

https://www.proszynski.pl/
 




"Jestem żoną terrorysty" Laila Shukri

"Jestem żoną terrorysty" Laila Shukri

Laila Shukri przedstawia się jako mieszkająca w Arabii Saudyjskiej Polka, która poślubiła jednego z najbogatszych szejków. Swoje książki, "Byłam żoną terrorysty" to już ósma pozycja w jej dorobku, pisze w ukryciu przed mężem. Jej powieści inspirowane są prawdziwymi wydarzeniami. Choć w dzisiejszych czasach pełno jest patologii a porywy serca często biorą górę nad intelektem i rozsądkiem, to ciężko mi uwierzyć w tę historię, Owszem postać Klaudii zapewne ma swój pierwowzór w rzeczywistości, jednak duża część tej powieści jest po prostu zmyślona. Żony szejków to nadal tylko "dodatki" do ich mężów, nie posiadające żadnej praktycznej władzy. Nie są wybawicielkami wszechświata. Największą wadą tej książki jest jej naiwność. Mamy tutaj zdecydowany przerost formy nad treścią i choć autorka w jednym z wywiadów, argumentuje swoją pozycję tym, że przebywa w centrum wydarzeń, to informacje które wplata w fabułę książki są wiedzą dostępną w pierwszym lepszym kiosku z gazetami.

Klaudia, za sprawą zazdrosnej koleżanki, zostaje wyrzucona z pracy. Kobieta postanawia wyjechać do Maroka by tam, w egzotycznej scenerii lazurowych ogrodów Majorelle, zastanowić się nad własnym życiem. To właśnie tam spotyka Rashida, znajomego mieszkającej w Londynie, przyjaciółki. Pomiędzy dwójką młodych ludzi rozkwita romans. Po powrocie do Polski,  Klaudia ma trudności ze znalezieniem nowej pracy. Nie trzeba jej długo namawiać na wyjazd do stolicy Wielkiej Brytanii, gdzie wprowadza się do mieszkania ukochanego. Nie zdaje sobie sprawy, że znalazła się w mackach niebezpiecznej siatki terrorystycznej, której głównym celem jest szkolenie dzieci na terrorystów-samobójców. Wkrótce sielanka zamieni się w horror.

Książka rozpoczyna się jak typowa historia miłosna. I chociaż nie przepadam za romansami, tak muszę przyznać, że pierwsze 150 stron zrobiło na mnie duże wrażenie a to za sprawą miejsca, w którym rozgrywa się akcja powieści. Nigdy nie byłam w Maroku ani w żadnym innym kraju muzułmańskim. Muszę przyznać, że z jednej strony jestem ciekawa a z drugiej się boję. Zdaję sobie sprawę z tego, że po drugiej stronie Morza Śródziemnego, znajduje się zupełnie inny, obcy świat. Był taki czas, kiedy Maroko, było bardzo popularnym wakacyjnym kierunkiem światowej Bohemy. Urlopy spędzali tutaj artyści i sportowcy, między innymi David Beckham czy Yves Saint Laurent, który kilka razy do roku przyjeżdżał odpocząć w swojej posiadłości na terenie ogrodów Majorelle. To niezwykle kolorowy, egzotyczny i słynący ze znakomitej kuchni kraj. Widać, że autorka jest nim zafascynowana. Można to poznać po szczegółowych i barwnych opisach miejsc, wydarzeń kulturalnych czy ludzi. Zamiast rzeszy bezdomnych stojących w kolejkach po darmowe mleko, mamy tutaj uśmiechniętych turystów i równie szczęśliwych sprzedawców marihuany. Zamiast wycia hordy wałęsających się po ulicach miast psów, słyszymy pobekiwanie łażących po drzewach kóz. Tak dobrze słyszycie. Parzystokopytne chodzą po drzewach arganowych, jedzą listki i owoce, a pod drzewami uwijają się Berberyjki i z odchodów zwierząt wyłuskują nasiona, z których potem wytłoczony zostanie olej. Choć z pewnością jest to dochodowy biznes a samych drzew rosną w Maroko miliony, to muszę przyznać, że nie miałam o tym pojęcia. Takich ciekawostek jest tutaj więcej. Czy wiecie czym jest lustro berberyjskie? Jest to zamknięte w skrzynce z drzwiczkami zwierciadło. Kiedy właścicielka lustra pozostawia otwarte drzwiczki oznacza to, że tej nocy jest chętna na łóżkowe igraszki. Kolejną z ciekawostek było dla mnie Imilchil Festival czyli Święto Nowożeńców. Każdego roku we wrześniu, pieszo, ciężarówkami i na mułach zjeżdżają do Ajt Haddu Amer tysiące dziewcząt poszukujących narzeczonych. W tym dniu i w tym miejscu mogą swobodnie rozmawiać z mężczyznami. Chociaż musi im zawsze towarzyszyć siostra czy przyjaciółka w roli przyzwoitki. Pary, które chcą się pobrać mogą odwiedzić namiot prawników i podpisać umowę zaręczynową. Takich smaczków jest w tej książce jeszcze więcej i to właśnie dzięki nim, możemy poznać piękno Maroko. Szkoda, że obraz namalowany przez autorkę jest wyjątkowo jednostronny. Shukri nigdzie nie wspomina o tym, że ten muzułmański kraj jest kolebką terroryzmu, co czyni go miejscem niebezpiecznym dla turystów, a w szczególności młodych kobiet. 

W drugiej części książki opuszczamy Perłę Maghrebu i przenosimy się do deszczowego, zatłoczonego Londynu. Nie opuszcza nas jednak wschodni klimat, gdyż Klaudia zamieszkuje w dzielnicy emigrantów z krajów muzułmańskich. Tutaj książka odrobinę zmienia charakter. Autorka nie do końca poradziła sobie z wpleceniem informacji na temat światowego terroryzmu, samobójczych ataków czy lwiątek kalifatu. Całość wyszła mało realistycznie, jak połączenie reportażu z książką obyczajową i plotkarską gazetą. Z jednej strony autorka opowiada o zatrważającym zjawisku jakim jest dżihad demograficzny a z drugiej na kilku stronach rozwodzi się nad suknią ślubną Meghan Markle. Nasze bohaterki były strasznie denerwujące w swojej naiwności, jeśli tak ma wyglądać kwiat naszej emigracji, to Polska powinna się cieszyć ze zrzucenia tego balastu. Wszystkie zawarte w książce informacje o terroryzmie i muzułmańskich obywatelach Europy są ogólnodostępne i czasem miałam wrażenie, że Shukri na siłę próbowała nas czymś zaskoczyć. Doprowadziło to do tego, że duża część wiadomości się powtarzała, część wyglądała jak skopiowana prosto z Wikipedii bądź gazet plotkarskich. Ważny temat został sprowadzony do rangi mało istotnego newsa. Wszystko było zbyt melodramatyczne, bohaterki rozhisteryzowane i popełniające błąd za błędem. Momentami już  nie mogłam tego czytać. 
Książka porusza bardzo ważny temat jakim jest indoktrynacja małych dzieci, które nazywane są lwiątkami kalifatu. Wiecie jak wyglądają książeczki do nauki alfabetu? Zazwyczaj są to zbiory kolorowych obrazków z owocami lub zwierzątkami. Alfabet zgodny z zasadami Państwa Islamskiego jest nieco inny : literce b przypasowany jest pistolet, c czołg itd. Już od najmłodszych lat dzieci te uczone są posłuszeństwa i nienawiści do "niewiernych" . Propaganda wykorzystuje nawet zdjęcia niemowlaków z bronią i flagami ISIS. Częstym prezentem dla młodych rodziców są wyprawki dla dzieci z hasłem Allahu akbar. "Lwiątka kalifatu" to coraz większe zmartwienie także dla zachodnich służb. W Londynie i innych miastach europejskich społeczność muzułmańska jest najbardziej płodną spośród ogółu obywateli. Muhammed jest najczęściej nadawanym imieniem na Wyspach Brytyjskich. Stwarza to wiele problemów a największym z nich jest terroryzm. Książka Shukri, choć w naiwny i przerysowany sposób, przedstawia proces "tworzenia" młodego samobójcy. Dzieci od najmłodszych lat zmuszane są do oglądania filmów propagandowych i zabaw w "wojnę". Uczy się ich homofobii i nienawiści do ludzi zachodu. Kiedy są gotowi, matki w prezencie dają im pas Szahida i wysyłają w tłum. Obraz ten był na tyle sugestywny, że poczułam ciarki na rękach, szczególnie że Londyn jest częstym kierunkiem moich wypraw. Kto wie kiedy ten tygiel wybuchnie?

Pomimo faktu, że książka porusza ważne tematy a sama autorka, próbuje grać na emocjach czytelników, pomimo tego, że fabuła inspirowana była historią, która zdarzyła się naprawdę, niestety nie potrafiłam w pełni się zaangażować w lekturę. W dużej mierze miał na to wpływ toporny i infantylny styl autorki oraz postaci głównych bohaterek, które przez cały czas zachowywały się jak roztrzepane podlotki a nie dorosłe kobiety. Zupełnie nie myślały o konsekwencjach swoich czynów i, przykro mi to mówić, były po prostu głupie.  Bo czy mądra osoba w jeden dzień, a nawet godzinę, podejmuje decyzję o wyjeździe do innego kraju? Do tego by zamieszkać ze swoją "urlopową" miłością? Czy normalna osoba bez mrugnięcia okiem zmienia wiarę i decyduje się na dziecko w sposób jak decydujemy się na zamówienie naleśnika w barze? Nie,nie i jeszcze raz nie. Przykro mi to mówić ale nasze bohaterki same kusiły los, który się na nich zemścił. 

Pomimo faktu, że "Jestem żoną terrorysty" nie wpasowało się w moje gusta, to z pewnością jest to książka, która podbije serca wielu czytelniczek, w większości tych wrażliwych na ludzką krzywdę i cierpienie, szczególnie jeśli jest ono udziałem dzieci. Choć nie jest to kontynuacja to znajdziemy tutaj nawiązanie do poprzedniej książki autorki gdzie mogliśmy spotkać pisarkę Isabelle. Książka miała momenty, które mnie zachwyciły, to właśnie dzięki nim nabrałam ochoty by odwiedzić Maroko, jednak zdecydowana większość fabuły nie sprostała moim wymaganiom. Było źle, a momentami nawet bardzo źle. To powieść napisana ubogim językiem, pełna encyklopedycznych treści i akapitów z rodzaju "kopiuj/wklej". Na polskim rynku wydawniczym z pewnością znajdziecie więcej książek o podobnej tematyce, które są zdecydowanie lepiej napisane. Może gdyby autorka nie ukrywała się przed mężem, tylko z nim porozmawiała na interesujące ją tematy, to jej powieści nabrałyby wiarygodności. Póki co nie polecam. 



Tytuł : "Jestem żoną terrorysty"
Autor : Laila Shukri
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 16 października 2018
Liczba stron : 360



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :


https://www.proszynski.pl/

"Deutsche nasz.Reportaże berlińskie" Ewa Wanat

"Deutsche nasz.Reportaże berlińskie" Ewa Wanat

     Zawsze czuję smutek, rozczarowanie i pewnego rodzaju dyskomfort, kiedy Polskę opuszczają kolejni wybitni, drobiazgowi a przede wszystkim szczerzy dziennikarze. Czy naprawdę żyjemy w kraju, gdzie wolne media istnieją jedynie na papierze? Panią Ewę Wanat poznałam osobiście jeszcze w latach studiów, kiedy uczęszczałam  na organizowany przez nią warsztat radiowy. Blond włosy, wysokie obcasy-prawdziwa Monika Olejnik, tylko radiowa. Uwielbiałam te zajęcia, pełne pasji, śmiesznych anegdot, historii ze sceny politycznej opowiedzianych przez kogoś kto miał dostęp do najwyższych władz państwowych. Emigracja dziennikarki jest wielką stratą dla Polski, jednak Pani Ewa nie zapomniała o swoich czytelnikach. Zza Odry dochodzą do nas rewelacyjne felietony a ostatnio miałam przyjemność przeczytać  zbiór reportaży "Deutsche nasz.Reportaże berlińskie". Jest to książka, która powinna znaleźć się w biblioteczce każdego współczesnego Europejczyka. To nie tylko przegląd historii naszego kontynentu i obraz czasów współczesnych. To również próba interpretacji kierunku w którym zmierzamy jako wielokulturowy i wielonarodowościowy twór, jakim jest Europa. 

Zawsze podziwiałam i szanowałam ludzi, którzy nie boją się podejmować radykalnych kroków i diametralnych zmian w swoim życiu. Tych, którzy budzą się rano z przeświadczeniem, że to właśnie jest ten dzień kiedy trzeba spakować walizkę i wyjechać w nieznane. Właśnie takim typem człowieka jest Ewa Wanat. Wpadła na pomysł, dokonała dogłębnej analizy zysków i strat i zaczęła działać. Do Berlina, gdzie obecnie mieszka, nie wyjechała na wycieczkę, tylko w celu zrealizowania konkretnego planu czyli stworzenia obrazu nowoczesnej Europy w dobie światowego kryzysu emigracyjnego. A dlaczego właśnie Berlin? Wybranie stolicy Niemiec nie było przypadkowe. Kraj Mozarta to państwo, którego historia nie pozwoli o sobie zapomnieć jeszcze wielu pokoleniom. Duchy ofiar dwóch wojen światowych nadal są obecne w zbiorowej świadomości Niemców. Obywatele kraju, ojczyzny zbrodniarza odpowiedzialnego za śmierć milionów ludzi, czują moralną powinność otwarcia granic i
niesienia pomocy tym, którzy jej potrzebują. Wojna sprawiła, że Republika Niemiec cierpiała na deficyt wykwalifikowanych robotników oraz taniej siły roboczej. Reportaże Wanat opowiadają historie emigrantów, przybyłych do Berlina w przeciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Zaczęło się od tureckich gastarbeiterów. Wtedy migracja była ściśle kontrolowana, potrzebni byli zdrowi mężczyźni do pracy fizycznej. Kandydaci musieli przejść dokładną kontrolę zdrowotną, która w dzisiejszych czasach uznana by została za uwłaczającą ludzkiej godności. Nie wiadomo, dlaczego badano im na przykład prostatę, tak jak się ją zwykle bada - przez odbyt. Założenie było, że ludzie Ci przyjadą na kilka lat, odbudują niemiecką gospodarkę, i wrócą do siebie. Połowa została. Założyli rodziny. Dziś potomkowie Turków przybyłych do Berlina w latach 60 czy 70, uważa się za Niemców.
W 2015 roku Niemcy przyjęli ponad milion emigrantów, w większości z objętych wojną krajów muzułmańskich. Duża część z nich trafiła do Berlina. Ich historie również poznajemy. W dzisiejszej europie prawo emigracyjne jest powijakach, a nawet jeśli istnieje to ciężko je stosować na tak ogromną skalę. W momencie kiedy do chrześcijańskiego kraju przybywa milion wyznawców innej religii ludzie zaczynają się bać. Wzrastają nastroje antyrządowe na ulicach, obywatele czują się zaniedbani, boją się utraty tożsamości. Obraz Niemiec po 2015 roku zmienił się. Do rządu weszła nacjonalistyczna i eurosceptyczna partia AfD. Wzrosła przestępczość. Choć niemiecka państwowość nadal opiera się na poczuciu winy to najmłodsze pokolenie ma jej coraz mniej. Swastyka, symbol do tej pory zakazany, dostał zielone światło i będzie mógł się pojawiać w historycznych grach komputerowych. Niemcy nie zapomnieli o zbrodniach wojennych ale coraz mniejsza liczba obywateli zamierza za nie pokutować. 

Ewę Wanat podziwiam za to, że jej dziennikarstwo jest zawsze rzetelne i choć często stronnicze, to brak w nim negatywnego osądu. Kto czytał felietony autorki wie, że jest ona osobą otwartą, liberalną i stającą w obronie wolności obywatelskich. To właśnie fakt ich łamania sprawił, że  wyjechała z kraju i nie zamierza do niego wracać. Praca nad książką była żmudną, dziennikarską robotą, dziesiątkami wywiadów i grzebaniem w archiwach historycznych, studiowanie statystyk oraz sondaży. Ewa Wanat spędziła setki godzin na rozmowach z emigrantami, rdzennymi berlińczykami oraz członkami różnych mniejszości narodowych. Z jej reportaży wyłania się niezwykle kolorowy obraz Berlina jako miasta, które przyciąga hipsterów, freaków, anarchistów, artystów i lewaków. To miejsce gdzie obok siebie żyją faszyści i geje, lesbijki i drag queen, muzułmanie od śmierdzących tłuszczem kebabów i niepiśmienni Turcy, którzy nie opuszczają gett, w które zamieniły się niektóre dzielnice. Berlin to miasto kontrastów, folkloru, pandemonium w którym każdy znajdzie miejsce dla siebie. To oaza dla uchodźców szukających wolności, uciekających przed prześladowaniami. 

"Deutsche nasz. Reportaże berlińskie" to typowy reportaż-mozaika, na który składają się głosy wielu mieszkańców Berlina i każdy z nich zostaje wysłuchany. Nie ma tutaj oceniania czy piętnowania, jest rzetelne przedstawienie faktów. Przemiany, jakie zachodzą w dzisiejszej Europie, będą miały długofalowe skutki. Stoimy na skraju przepaści i już niedługo przyjdzie nam walczyć o własną tożsamość narodową. Tego boją się i londyńczycy i berlińczycy i my, Polacy, choć nasz rząd skutecznie pełni wartę na granicach. Boimy się przybyszy z krajów innych kultur i religii ponieważ żyje w nas atawistyczny lęk przed nieznanym. Emigracja dla jednych jest kwestią przeżycia, dla innych świadomym wyborem a dla jeszcze innych szansą na lepsze życie. Jedni przyjeżdżają by żyć z socjalu, jeszcze inni to wykwalifikowani specjaliści, którzy liczą na lepsze zarobki, część przybyszy ucieka przed głodem, inni przed śmiercią. Jednak czy w dzisiejszej Europie jest miejsce dla nich wszystkich? 

Ewa Wanat zachwyca swoją wnikliwością i pasją do tego co robi. Czytając jej książkę, czujemy, że to człowiek, jest bohaterem i jedyną siłą napędową historii. Statystyki, analiza, fakty historyczne,rozmowy z mieszkańcami Berlina oraz garstka własnych doświadczeń, wszystko to połączone zostało w rewelacyjnie zredagowaną całość. Zdecydowanie jest to lektura warta przeczytania, a Berlin jest miejscem które koniecznie trzeba odwiedzić, by zobaczyć to wszystko na własne oczy. Pani Ewo, jeśli po dwóch latach spędzonych w tym kraju, jest Pani w stanie wyciągnąć tak trafne wnioski to już się nie mogę doczekać co będzie za lat 5 czy 10? Czekam z niecierpliwością. 


Tytuł : "Deutsche nasz. Reportaże berlińskie"
Autor : Ewa Wanat 
Wydawnictwo : Świat Książki
Data wydania : 9 maja 2018
Liczba stron : 336


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :




https://www.swiatksiazki.pl
 







Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger