Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szara Godzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szara Godzina. Pokaż wszystkie posty
"Kurhanek Maryli" Ewa Bauer

"Kurhanek Maryli" Ewa Bauer

     O powieści "Kurhanek Maryli" słyszałam już kilka lat temu, jednak do tej pory nie miałam okazji jej przeczytać. Dlatego też cieszę się, iż wydawnictwo Szara Godzina, zdecydowało się na wznowienie publikacji i mogłam wziąć udział w promocji książki. Zastanawialiście się czasem dlaczego niektóre pozycje, nawet te które akurat wam nie wydają się godne uwagi, doczekują się kolejnych wydań? Czy dlatego, że są dobre czy  wydawnictwo dobrze na nich zarabia? A może jest to zawarte w kontrakcie autorskim? Myślę, że w przypadku tej powieści, odpowiedź na to pytanie będzie prosta : książka ... porusza temat, który był, jest i (niestety) nic nie wskazuje na to by miał przestać być aktualny. Chodzi tutaj o szeroko pojętą manipulację, układ sprawca-ofiara oraz przemoc domową. Nie wiem do końca dlaczego, ale chcemy o tym czytać, lubimy kiedy naszym bohaterom dzieje się krzywda. Choć tłumaczymy się tym, że powieści takie wyzwalają w nas emocje tak naprawdę czytamy je po to by móc powiedzieć : całe szczęście mnie to nie dotyczy. A może nie mam racji : może niektórzy poszukują w nich pomocy i recepty na wyzwolenie się z toksycznego związku?

Marta wychowywała się na wsi, u babci. Wcześnie osierocona, cały czas marzy o innym życiu. Nie wie jednak, że to inne życie przyniesie jej przykre niespodzianki. Gdy poznaje Piotra, wydaje się, że znalazła w końcu szczęście i miłość. Pozornie ma wszystko: przystojnego męża, dostatek, kochaną córkę. Ale tak naprawdę koszmar dopiero się zaczyna...Czy los kiedykolwiek uśmiechnie się do Marty i pozwoli obronić własne "ja"? Kurhanek Maryli to opowieść o trudnym małżeństwie, ale również historia więzi między pokoleniami, a przede wszystkim opis walki o tożsamość i szczęście. 


Czytając recenzje tej książki, zamieszczone na blogach i portalach literackich, rzuciło mi się w oczy, że prawie wszyscy komentatorzy, zwracają uwagę na przemoc domową, jako główny temat tej powieści. Choć oczywiście zgadzam się z tym, że jest ona katalizatorem wielu wydarzeń i rzeczą godną potępienia, to wydaje mi się iż recenzenci zapomnieli o najważniejszym : o samych bohaterach tej książki, ludziach których ten problem dotyczy. Przeczytałam wiele opinii o tym jak manipulacja i przemoc niszczą psychikę jednak nie podoba mi się to, że temat ten został sprowadzony do jednego mianownika, z Marty zrobiono ofiarę, a z Piotra sadystycznego potwora. W moich oczach wcale nie wygląda to tak czarno-biało. Oczywiście nie chcę tutaj wybielać głównego bohatera, jednak nie będę również gloryfikować drugiego. Moim zdaniem sytuacja w której się znaleźli nie miałaby miejsca w realnym życiu. Takie scenariusze widzimy w telewizji, czytamy o nich w książkach, jednak w "realu"ciężko byłoby spotkać tak "dwubiegunowe", niespójne postaci. Dlatego też ciężko było mi uwierzyć w cały ten dramat i tragedię. Choć książka mi się podobała tak potraktowałam ją jak zwykłe, kobiece  czytadło, które wzrusza, doprowadza do łez ale i szybko można o nim zapomnieć.

Skupmy się przez chwilkę na naszych bohaterach, bo to do nich mam największe zastrzeżenia. Pierwsza pod lupę idzie Marta. Muszę przyznać, że jak na osobę zahartowaną, po przejściach i traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa, osobę która uciekła z domu, parała się prostytucją i sama próbowała znaleźć szczęście w wielkim mieście, to bardzo łatwo dała się zmanipulować. Niestety nie byłam w stanie w to uwierzyć. My, poznajemy Martę, jako kurę domową, która siedzi w domu, pierze, gotuje i opiekuje się dzieckiem. Jest to osoba, która daje sobą pomiatać, godzi się na obecność teściowej w swoim domu i przymyka oko na wyskoki męża. Jednym słowem jest typową ofiarą. Jednak kiedy, za pomocą retrospekcji, lepiej poznajemy ją i jej przeszłość, ze wspomnień tych wyłania się obraz zupełnie innej osoby. Marta jako nastolatka była krnąbrna, nie stroniła od alkoholu, próbowała narkotyków i lubiła się dobrze zabawić (oczywiście w wiejskich warunkach). Jeszcze nie skończyła szkoły, a już uciekła z domu na tylnym siedzeniu motocykla poznanego dzień wcześniej mężczyzny. Z lat młodości zostało jej tylko jedno : naiwność. Ale to już inna sprawa, gdyż większość bohaterek polskiej literatury kobiecej cierpi na tę przypadłość. Znam osoby, które były ofiarami przemocy domowej. Na warsztatach psychologicznych tworzyliśmy profile osób podatnych na manipulację, pranie mózgu i kontrolę. Żeby ktoś nas zdominował musimy mieć pewne cechy,które uczynią z nas odpowiednią ofiarę : należą do nich ufność, nieśmiałość, brak asertywności i odwagi. Marta, którą poznajemy jako nastolatkę, nie posiadała żadnej z nich. Ewentualnie można się zastanowić nad ufnością ale w jej przypadku to była raczej głupota. W każdym bądź razie nie wydaje mi się, by akurat ona mogła się tak zmienić. Nie wydaje mi się, by dała sobą tak pomiatać. 
Na drugim końcu kija mamy Piotra, męża Marty, początkującego lekarza, syna lekarza doświadczonego.  Związek tej dwójki po prostu nie mógł się udać. Wiem co teraz powiecie, że przecież żyjemy w XXI wieku, i słowo mezalians straciło już na znaczeniu a niedługo w ogóle odejdzie do lamusa. Ale powiem wam jedno : z tego samego powodu co piłkarze nie wezmą sobie za żonę grubego, zapuszczonego czy nawet zadbanego garkotłuka, to lekarz nie poślubi spotkanej w klubie nocnym prostytutki. Takie rzeczy dzieją się tylko w powieściach Danielle Steel i w telewizji. Ale załóżmy, że tak się stanie, załóżmy że los tak chciał, i młody medyk jednak zakochał się w swojej "damie do towarzystwa", to jest tylko kwestią dni kiedy zacznie zgrzytać. Ludzie zauroczeni, zafascynowani są odporni na podszepty rozumu. Dopiero jak pierwsza fascynacja minie, zaczynają myśleć. Wcale się nie dziwię, że Piotr miał za złe Marcie to co robiła wcześniej. On zawsze miał wszystko, nie musiał sprzedawać własnego ciała by przeżyć. Jestem w stanie zrozumieć dyskomfort psychiczny, który czuł jak patrzył na swoją wybrankę. Mnie samą czasem ponoszą nerwy jak myślę o byłych swojego partnera, a przecież była ich zaledwie garstka. Oczywiście nie chcę usprawiedliwiać Piotra, jednak nie był on dla mnie do końca negatywną postacią. Suma sumarum zgadzał się na większość wybryków żony, przymykał oko na jej kłamstwa, rozpieszczał ją i utrzymywał, a co najważniejsze kochał i dbał o swoją córkę. Moim zdaniem i Marta i Piotr byli winni temu co ich spotkało i jaki związek stworzyli. Oboje nie znaleźli w sobie siły by odejść choć nikt ich nie trzymał. Dopiero tragedia sprawiła, że ich więź została zerwana. 

Zastanawiam się gdzie urodziła się i wychowała nasza autorka, Ewa Bauer. Przypuszczam, że jest mniej więcej w moim wieku, gdyż w cudowny sposób opisuje wieś i małe miasteczko czasów mojego dzieciństwa. Drogi po których jeździły ciągnięte przez konie furmanki, "wychodki" gdzie zamiast papieru toaletowego używało się gazet i małe kopane w ziemi dołki gdzie dziewczynki ( a czasem i chłopcy) wraz z kwiatkami zakopywały wyszeptane do ziemi prośby i zaklęcia. Muszę przyznać, że na moment przeniosłam się w czasie. Przypomniałam sobie ten beztroski czas wakacji, które spędzałam u mojej babci na wsi. Podobnie jak nasza bohaterka do końca życia będę w sobie nosić ten sentyment do dawnych czasów, do ludzi których już pewnie nie spotkam i jedzenia, które już nie będzie smakowało tak samo. Wieś u Bauer jest taka jak powinna być : zaściankowa, pachnąca skoszoną trawą, religijna, konserwatywna, plotkarska i zacofana. Choć fabuła książki rozgrywa się kilkadziesiąt lat temu, choć postęp dotarł praktycznie wszędzie, to ludzie pozostali tacy sami. Czytając czułam tę polską "swojskość" i "przaśność" i bardzo mi się to podobało.

Ewa Bauer umie pisać, umie przelać na papier nie tylko fabułę i wydarzenia, lecz również emocje i uczucia. Co prawda było tutaj zbyt dużo Boga, wiary i religii, zbyt dużo dramatyzmu i naiwności, jednak nadal sądzę, że "Kurhanek Maryli" to ciekawa, wartościowa książka, która zachwyci każdą romantyczkę.  To wprost idealna lektura dla tych, którzy lubią typowe wyciskacze łez. To powieść która wzrusza i jednocześnie irytuje, doprowadza do łez i rozśmiesza naiwnością. Jedna z wielu jej podobnych jednak napisana z pasją i sercem. Polecam.


Tytuł : "Kurhanek Maryli"
Autor : Ewa Bauer
Wydawnictwo : Szara Godzina
Data wydania : 12 maja 2014
Liczba stron : 256


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :
 
 
 
http://www.szaragodzina.pl/
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

"Gdy opadły emocje" Aneta Krasińska

"Gdy opadły emocje" Aneta Krasińska

     Ci, którzy śledzą mój blog wiedzą, czego się najbardziej obawiam, kiedy sięgam po książki polskich autorek. Otóż, moją największą zmorą, jest przewidywalność. Prawie każdy romans  i powieść obyczajowa polskich pisarek, które do tej pory przeczytałam, były oparte na tym samym schemacie. Każda z nich opowiadała historię nudnych, mało wyrazistych bohaterek, dla których największą rozrywką było popijanie malinowej herbatki i jedzenie pączków, koniecznie tych z różą. Wydaje mi się, iż taki obraz młodej Polki, a nawet matki-Polki, jest już nieco przestarzały. W czasach kiedy sprzedaż w Ikei wykładniczo wzrasta, ludzie żyją w zgodzie z Hygge a w kafejkach coraz częściej słyszymy stukot butów od Laboutina, picie naparów, wprost ze starych babcinych kubków, jest już passe. Pora zapomnieć o malowniczych dworkach, malinowych chruśniakach, papuciach i powidłach. Czekam, aż polskie autorki, na chwilkę oderwą się od klawiatury i dostrzegą ewolucję, którą przeszły kobiety w XXI wieku. Niech "Gdy opadły emocje " rozpocznie nowy trend w literaturze kobiecej, tren bez słodkich romansów, monumentalnych zdrad i wielkich dramatów. Aneta Krasińska opisała prawdziwe życie, które często jest po prostu...zwyczajne. I właśnie to jest w nim piękne.

Spotkanie po latach może skutkować sporą dawką emocji i zmianą życiowych planów.
Marcelina jest mężatką wychowującą nastoletnie bliźnięta. Bywa przytłoczona codziennymi obowiązkami. Od czasu do czasu jej przyjaciółka Magda próbuje to zmienić. Tym razem namawia koleżankę do udziału w imprezie zorganizowanej dwadzieścia lat po maturze. Spotkanie otwiera niezabliźnione rany.
Gdy opadły emocje to pierwsza część trylogii. Każdy tom poświęcony jest rozterkom innej osoby w związku z wydarzeniami z czasów liceum, gdy tworzyli zgraną grupę z nadzieją patrzącą w przyszłość.

Muszę przyznać, że pierwszy rozdział książki, wzbudził mój niepokój. Marceliną poznajemy w momencie, kiedy przygotowuje się do wyjścia na planowany po 20 latach zjazd absolwentów liceum, do którego uczęszczała. Na pierwszy rzut oka, główna bohaterka, symbolizuje sobą wszystko to czego nie lubię w fikcyjnych kobiecych sylwetkach. Choć ma niespełna 40 lat, zachowuje się jak ciotka Klotka, chodzi w "zdeformowanych", nudnych ubraniach, nie wie do czego służy maskara a jedyne co przychodzi jej z łatwością, to matkowanie prawie dorosłym dzieciom. Jesteście w stanie uwierzyć, że ktoś kto zdawałam maturę w 2008 roku, nie wie jak wysłać email z telefonu komórkowego? Marcelina jest ode mnie starsza zaledwie o 3 lata, a przepaść która nas dzieli jest większa niż rów Mariański. Ja rozumiem, że są na tym świecie tradycjonaliści, ludzie którzy cenią sobie spokój ogniska domowego, nie pociągają ich nowinki technologiczne a zamiast gazet opiniotwórczych wybierają telewizyjne "Trudne sprawy". Jednak nie mogę uwierzyć w to, że młoda kobieta, wychowana na komputerach i telefonach komórkowych, mało tego pracownica agencji reklamowej, gdzie zatrudniają zazwyczaj ludzi otwartych i postępowych, nie wie jak obsługiwać zwykły smartfon. Zastanawia mnie dlaczego polskie autorki, nagminnie ośmieszają swoje główne bohaterki? Robią z nich słodkie idiotki? Na całe szczęście w powieści Krasińskiej, pojawiła się postać, która uratowała tę książkę. A jest nią : Magda. To właśnie ona przedstawia sobą typową wyemancypowaną i wolną obywatelkę XXI wieku. Oczywiście możecie się ze mną spierać, że nie każda z nas mając 40 lat skacze z kwiatka na kwiatek, korzysta z pomocy rodziców i kupuje pieniądze za kredyt, na który nas nie stać. Oczywiście, zgadzam się z tym, że postać oryginalnej Magdy, jest przerysowana, jednak zdecydowanie bliżej mi do niej niż do nudnej, szarej Marceliny. Ideałem byłoby połączenie tych dwóch sylwetek w jedną. Wtedy dostalibyśmy matkę polkę na miarę naszego stulecia.
W książce oprócz dwóch głównych bohaterek pojawia się mnóstwo innych postaci. Co prawda nadal uważam, że nawet jak na klasę z Żyrardowskiego liceum, było ich stanowczo za mało. Autorka w ciekawy sposób pokazała przekrój polskiego społeczeństwa. Muszę przyznać, że moje spotkanie z ludźmi z klasy wyglądało dość podobnie, ani sami również przybrali podobne jeśli nie takie same role. Niektóre moje koleżanki obwiesiły się złotem i "wypełniły" botoksem, byle tylko zatrzymać upływ lat, inne zabrały ze sobą album, pełen rodzinnych zdjęć. Faceci przystrzygli brody i wciągnęli brzuchy. Ci, którzy mieli ciągoty do alkoholu, teraz mają z nim problem, a inni każdemu wciskają swoje wizytówki, chwaląc się dobrze prosperującą firmą. Ilu ludzi, tyle sposobów na życie. Tak jest było i będzie i autorka nie przedstawia nam tutaj nic odkrywczego. Skupiła się na zobrazowaniu naszej rzeczywistości. Ze względu na to, że epizodycznych postaci jest tutaj sporo, momentami nie wiedziałam kto akurat jest "przy mikrofonie". Paradoksalnie chaos ten, w tym przypadku mi nie dość, że nie przeszkadzał, to jeszcze sprawiał że atmosfera była autentyczna. Spotykając się na takich imprezach, nie możemy skupić się na jednej osobie, jednej historii. Ludzie się przekrzykują, przerywają sobie, zaczynają i nie kończą. A i my sami, nie mamy zbytniej ochoty wszystkiego zapamiętywać. Ważna jest dobra zabawa, alkohol, i to czy nasza sukienka okaże się ładniejsza od tej durnej Jolki, co mi kiedyś poderwała chłopaka. Autorce w stu procentach udało się oddać klimat zjazdu absolwentów .

Przeglądając mojego bloga natknęłam się na recenzję książki "Zrządzenie losu" Allie Larkin. Fabuła tej powieści jest podobna : młoda kobieta, jedzie na zjazd absolwentów, by spotkać dawno nie widzianych kolegów. Oczywiście w powieści amerykańskiej autorki, chodzi o coś zupełnie innego, jednak i tutaj i tam, na pierwszy plan wysuwa się jedno : przyjaźń, jej rola i wpływ na nasze życie. Przyjaciele to osoby, które zostaną z nami do końca życia. Nie chodzi mi jednak o to, że będziemy ich widywać na obiadkach czy cotygodniowych wypadach do pubu. To właśnie oni, ludzie których poznaliśmy w przeszłości, z którymi spędzaliśmy mnóstwo czasu, są odpowiedzialni za to kim się staliśmy, co robimy i jakie jest nasze życie. Psychologowie mówią, że traumatyczne wydarzenia z dzieciństwa, mają wpływ na naszą psychikę. Idąc tym tropem, można śmiało powiedzieć, że dobre rzeczy i ludzie z naszej przeszłości, również nas kształtują. Ktoś, kto w liceum był lubiany, szanowany, często podziwiany jest z pewnością bardziej pewny siebie niż ten z kogo szydzono. Fabuła niniejszej książki opiera się na pytaniu : "Dlaczego Emil wyjechał do Australii"?. Choć pytanie to jest z pozoru łatwe, to odpowiedź na nie przysparza wszystkim wiele problemów. Bohaterowie muszą cofnąć się do czasów licealnych, jeszcze raz przeżyć tragedię, która rozegrała się w przeszłości, rozgrzebać pogrzebane już dawno emocje. Okazuje się, że nawet po latach, nasza pamięć emocjonalna działa. Pamiętacie swoją pierwszą miłość? Ja jak najbardziej. Do tej pory wspominam ją z rozrzewnieniem i pewną nostalgią. Może jest trochę racji w powiedzeniu, że tak naprawdę to uczucie to nigdy nie rdzewieje? Marcelina, będzie miała okazję przekonać się o tym na własnej skórze. Jak widzicie pomimo tego, że autorka opowiada o naszym zwyczajnym, momentami nudnym, życiu to jednak będzie się działo. Jest i przyjaźń i miłość, tragedia i zagadka z przeszłości, leje się alkohol a nawet dochodzi do rękoczynów.

Już na pierwszy rzut oka widać, że "Gdy opadły emocje" nie jest debiutem literackim. Aneta Krasińska to doświadczona autorka, która wie co chce napisać, wie jak i wie dla kogo. Momentami miałam wrażenie, że chce przekroczyć pewną granicę, wyrwać się z kanonu typowej, przesłodzonej powieści obyczajowej dla kobiet, napisać coś z "jajem", jednak się boi. Boi się tego, że dynamiczny styl i zbyt wyzwolona, mało romantyczna fabuła, mogą się nie spodobać przyzwyczajonym do rutyny czytelniczkom. Ciszę się jednak, że książka którą przeczytałam, nie okazała się kolejną słodko-gorzką lekturą na jedno popołudnie. Podobało mi się to iż nie było tutaj natarczywych dramatów, złamanych serc i wszelkiego zła tego świata, którego codziennie doświadczają polskie gospodynie domowe. "Gdy opadły emocje" to książka, nad którą warto się zastanowić. Przemyśleć decyzje, które podjęliśmy w życiu, przypomnieć sobie szanse, które zmarnowaliśmy i pomarzyć o tym "co by było gdyby".

Książka Krasińskiej to mądra, wartościowa lektura, która opowiada o przyjaźni i rodzinie jako największej wartości, jednak nie robi tego w przesłodzony i staromodny sposób. To książka, której bohaterka nadal nosi babcine kapcie, jednak jest ktoś, kto przychodzi jej z pomocą i przynosi szpilki. To połączenie tradycji z nowoczesnością, uczuć z rozsądkiem, rozrywki z morałem. Z pewnością przeczytam kolejne tomy i jestem dumna z tego, że kiedy po raz pierwszy zostałam ambasadorką danego tytułu, to od razu trafiłam na tak dobrą powieść. Polecam. 

Tytuł : "Gdy opadły emocje"
Autor : Aneta Krasińska
Wydawnictwo : Szara Godzina
Data wydania : 24 marca 2019 


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :
http://www.szaragodzina.pl/



Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

"Zapach prawdy" Iga Karst

"Zapach prawdy" Iga Karst

Największy wpływ na moją decyzję odnośnie sięgnięcia po "Zapach prawdy", miała okładka książki. Cudowna orchidea z czaszką imitującą środek kwiatostanu. Kilka tygodni temu kupiłam piękną roślinę doniczkową zwaną monsterą. Niektórzy mogą ją znać pod nazwą Filodendron. Pewnego dnia odwiedziła mnie koleżanka i spytała, czy nie boję się trzymać trującej rośliny w domu, gdzie mieszka dwójka małych dzieci. Co prawda jedno jest zainteresowane tylko mlekiem, jednak drugie zjadłoby konia z kopytami a co dopiero mięsiste liście. Monstera wylądowała w mojej sypialni, gdzie dostępu dzieciom broni klucz, a ja przeżywam kolejną z moich fascynacji, tym razem toksycznymi roślinami. Można więc powiedzieć, że książka z "zabójczym" storczykiem trafiła do mnie w odpowiednim czasie. Nie wiedziałam co prawda czy to roślina zabija, czy jest obecna na miejscu zbrodni za to jedno wiedziałam na pewno : będzie się działo. I miałam rację.

W środku lasu odnalezione zostaje ciało, znanego botanika i wykładowcy na Uniwersytecie Wrocławskim, doktora Adama Korczyńskiego. W wyniku policyjnego śledztwa okazuje się, że zarówno miejsce zbrodni jak i zadane rany postrzałowe, były upozorowane. Mężczyzna zginął od pchnięć nożem, które później zostały przestrzelone. Z domu ofiary zniknął cenny atlas botaniczny. Policjanci przypuszczają, że mordercą może być członek najbliższej rodziny denata. Konflikty na linii ojciec syn były tutaj na porządku dziennym. W śledztwo angażuje się również Anita Herbst, adwokatka, która spędza urlop w rodzinnym pensjonacie Biały Dwór, który graniczy z posiadłością Korczyńskich.

Iga Herbst w wywiadzie dla portalu sztukater.pl powiedziała : "Moje powieści z założenia mają pasować do charakterystyki współczesnego odbiorcy – człowieka żyjącego w kulturze zdominowanej przez obrazy, nie przez teksty. Dlatego też staram się pisać w prostym, przejrzystym i dynamicznym stylu (...)". I dokładnie taka jest najnowsza powieść autorki : prosta i dynamiczna. Po pierwsze, oprócz paru wzmianek o życiu naszych bohaterów (dosłownie jest to parę zdań), nie mamy
tutaj praktycznie żadnej warstwy obyczajowej. Tylko akcja, dialog, akcja, dialog, trup. Po drugie nasi bohaterowie są narzędziem do rozwiązania zagadki. Ani razu nie potraktowałam ich jak osoby z "krwi i kości". To typowe roboty, bez uczuć, nastawione na konkretny cel. Chyba jeszcze nigdy nie spotkałam się z książką, w której charakterystyka bohaterów byłaby ograniczona do zera. Na dobrą sprawę to nawet nie wiem jakiego koloru mieli włosy. Nieobecna jest również warstwa psychologiczna. Bohaterowie działają, jednak nie analizują swoich czynów. Krok po kroku dążą do celu, a jedyne rozmowy jakie ze sobą prowadzą dotyczą śledztwa. "Zapach prawdy" to kryminał w stu procentach zorientowany na rozwikłanie zagadki. Autorka nie owija w bawełnę, bohaterowie są bo muszą być, jednak najważniejszą osobą jest ofiara. Jeśli w książce pojawiają się jakieś przymiotniki to jedynie odnośnie nieżyjącego już Korczyńskiego : ponoć był "dobrym" człowiekiem i "wrednej" pani prokurator. Już po przeczytaniu książki, spędziłam trochę czasu zastanawiając się, czy taka w zasadzie bezosobowa powieść, trafia w moje gusta. I muszę przyznać, że tak. Jest podobnie jak w przypadku oglądania filmu. Dostajemy ogólny zarys fabuły, a życiorysy bohaterów, ich uczucia i myśli, musimy odgadnąć sami. Anita czy Michał w mojej wyobraźni będą zupełni inni od tych jakich stworzą inni czytelnicy. W pewien sposób autorka zezwala na dowolność interpretacji. Nie możemy co prawda zmienić fabuły, ani wpłynąć na wynik śledztwa, jednak jest nam dane stworzenie od podstaw głównych bohaterów. W moim przypadku była to świetna zabawa. 

"Zapach prawdy" to książka, którą charakteryzuje dynamika oraz galopujące tempo akcji. Zdecydowanie jest to bardziej kryminał niż thriller. Pomimo krwawego morderstwa i faktu, że sprawca jest wciąż na wolności, na ma tutaj mrocznego, dusznego i klaustrofobicznego klimatu, który kojarzy mi się z małymi miejscowościami. Przypuszczam, że wpływ na to miał język jakim posługuje się autorka. Zdecydowanie postawiła na dialogi, dzięki czemu nie dość, że całość się czyta błyskawicznie, to bohaterowie mieli większe pole do popisu dla swoich zdolności erudycyjnych i co? I postawili na żarty. Tych jest tutaj pełno. Żartuje się praktycznie z wszystkiego łącznie z nieszczęsną ofiarą czy z żuchwą innego znalezionego nieboszczyka. Choć nie mam nic przeciwko humorowi w książkach to w przypadku powieści kryminalnych trzeba używać go z rozwagą, gdyż bardzo łatwo jest przesadzić. Tak niestety było w tym przypadku. Często było to po prostu niesmaczne. 
To zazwyczaj w literaturze skandynawskiej spotykam się z detektywami czy innymi przedstawicielami służb mundurowych, którzy narzekają na niedofinansowanie ich działów. Iga Karst zwraca również uwagę na ten problem na naszym podwórku. Już od dawna wiadomo, że budżet służb mundurowych jest niewystarczający. Brak podwyżek, niepłatne nadgodziny, skracane bezpłatne urlopy, wszystko to sprawia że chętnych do pracy w policji jest coraz mniej. A jak wiadomo brak ludzi ma poważne konsekwencje. Śledztwa trwają dłużej a przemęczeni funkcjonariusze pracują mniej wydajnie i często popełniają błędy. Cieszę się, że ktoś w końcu zwrócił na to uwagę. Czytając tę książkę odnosiłam wrażenie, że jest satyrą na współczesne służby mundurowe, a konkretniej na rządowych decydentów rozdzielających fundusze. Miejmy na uwadze, że jeśli policja nadal będzie cierpieć na braki kadrowe i budżetowe, to coraz częściej będą się ziszczać  książkowe scenariusze jak chociażby ten, kiedy prokurator robi wszystko po łebkach byle tylko zakończyć sprawę. Przykre. 

Zazwyczaj pisząc recenzję, dużo miejsca poświęcam książkowym bohaterom. Choć autorka sypnęła nimi jak z rękawa, to tym razem wszyscy zlali mi się w jednolitą masę. Do samego końca musiałam się zastanawiać kto jest kim. Nie pomagały wszędobylskie dialogi. Jedyną postacią, która dała się poznać, choć była martwa, to Adam Korczyński. Właśnie tacy ludzie nie powinni być mordowani. Oczywiście najlepiej by było, gdyby świat był w ogóle wolny od zabójstw, jednak z innym podejściem się czyta książkę, gdzie ofiara miała parę grzeszków na sumieniu, niż jak zabito "dobrego" człowieka a do tego bezsilnego staruszka. Korczyński to człowiek, który miał jedną życiową pasję, a były nią storczyki. To właśnie przez te kwiaty założył dobrze prosperującą firmę, która po kilkudziesięciu latach na rynku stała się bardzo dochodowym przedsiębiorstwem. Również to kwiaty były powodem ciągłych kłótni z najbliższymi. Miłość do egzotycznych orchidei doprowadziła do tragedii. Adam Korczyński jest typowym przykładem uczciwego biznesmana, którzy w dzisiejszych czasach są trudniejsi do spotkania niż smoki. Cały czas się zastanawiałam co było powodem śmierci profesora. Czy była to zazdrość, przypadek a może zemsta za wydarzenia z przeszłości? Jedno jest pewne, Iga Karst, zaserwowała mi zakończenie nie dość, że dobre to jeszcze zaskakujące. 

"Zapach prawdy", choć nie okazał się powieścią o krwiożerczych orchideach, jest pozycją która całkowicie zaspokoiła mój apetyt na "botaniczny" kryminał. Jest to typ książki dla czytelników, którzy się śpieszą, dla tych których nużą długie opisy a rozterki wewnętrzne bohaterów nie są w kręgu ich zainteresowań. Autorka podarowała nam, skondensowaną na niespełna 400 stronach, esencję powieści kryminalnej. Istną kroplówkę, w której rolę soli fizjologicznych i składników odżywczych pełni akcja, śledztwo, dedukcja i zagadka. Zdecydowanie było to dla mnie nowe doświadczenie. Wam też polecam tak się doświadczyć. 

Tytuł : "Zapach prawdy"
Autor : Iga Karst
Wydawnictwo : Szara Godzina
Data wydania : 24 lipca 2018
Liczba stron : 386



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :



http://www.szaragodzina.pl/
Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger