Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uriage. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uriage. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 września 2014

Kwietniowe denko

Cześć Dziewczyny!

Jak już wspominałam kilka postów temu - w tym roku mianuję się królową blogowych zaległości - wobec czego, żeby po raz kolejny uczcić ten tytuł, przybywam do Was (z planety Nieregularność) z podsumowaniem i krótkimi recenzjami produktów zużytych... w kwietniu :D


Taaak, możecie się śmiać, ale przed Wami jeszcze denka od maja do września, więc ten tego... Przygotujcie się na mnóóóóóstwo czytania, bo nie odpuszczę! ;) Posty denkowe, to tradycja mojego bloga i często są dla mnie świetną okazją, żeby krótko zrecenzować produkty, o których nie warto się rozpisywać w osobnych postach, a jednak warto coś o nich wiedzieć. Czasami są też okazją do przypomnienia o moich ulubieńcach, czy odkryciach. Pomijając powyższe argumenty, kiedy mam wiedzieć lepiej czy produkt się sprawdził, jeśli nie po zużyciu całego opakowania? :))


Wobec powyższego, życzę Wam miłego czytania! Na początek krótkie i nieduże denko kwietniowe, kiedy to zużyłam/liśmy 9 produktów :)


1. Balsam do ciała Intensywna Regeneracja; Lirene (400ml; ok.16-18 zł).
Ten balsam zdecydowanie przypadł do gustu zarówno mi, jak i mojemu facetowi. Bardzo dobrze sprawdzał się jako codzienny nawilżacz. Nie zostawiał tłustej warstwy, ale jednocześnie dawał poczucie dobrze odżywionej skóry. Pełną recenzję znajdziecie TUTAJ. Myślę, że jeszcze nie raz będziemy wracać do tego produktu.

Aktualnie używam: Lirene Youngy balsam z jabłkiem;

2. Pianka do mycia rąk Sea Island Cotton; Bath & Body Works (259 ml; cena regularna 29 zł).
Z pewnością stałe czytelniczki mojego bloga wiedzą, że bardzo lubię pianki z BBW i goszczą one regularnie w mojej łazience. Nie wysuszają moich dłoni, dobrze ją oczyszczają, a do tego przyjemnie pachną. Najchętniej zaopatruję się w nie podczas wyprzedaży, dzięki czemu płacę za nie często ok.10-15 zł. Oczywiście mam zrobiony zapas :) Recenzję innego wariantu zapachowego znajdziecie TUTAJ.

Aktualnie używam: Bath & Body Works pianka do mycia rąk Dancing Waters;


3. Woda termalna; Uriage (150 ml; ok. 15 zł).
Ten produkt zna i chwali dobre pół blogosfery - i bardzo słusznie! Ja również jestem zachwycona tą wodą termalną i właściwie to dzięki niej polubiłam tego rodzaju produkty i na stałe włączyłam je do pielęgnacji. Jej działanie trudno opisać w kilku słowach, bo i trudno jest je w ogóle w słowa ująć, dlatego odsyłam Was do pełnej recenzji TUTAJ :) Już mam jedną buteleczkę w zapasie!

Aktualnie używam: woda termalna z Avene;

4. Błotna maska oczyszczająca z algami; Organic Shop (75 ml; 16,90 zł).
Po tę maskę sięgnęłam z ciekawości i poniekąd w ramach urozmaicenia swojej pielęgnacji. Zwykle sięgam po maski oczyszczające z glinkami, a tym razem sięgnęłam po wersję błotną, która sprawdziła się równie dobrze. Generalnie byłam zadowolona i chętnie do niej wrócę, a ponieważ chcę Wam napisać o niej trochę więcej, to w tej chwili nie będę pisać więcej, niż to, że po prostu warto ją wypróbować :)

Aktualnie używam: oczyszczająca maska błotna z Himalaya Herbals;


5. Antyperspirant w kulce Clear Diamond; Rexona (50 ml; ok.10 zł).
Jeśli chodzi o antyperspiranty, to Rexona sprawdza się u mnie zdecydowanie najlepiej i to właśnie po tę markę sięgam najczęściej i najchętniej. Po prostu najskuteczniej chroni mnie przed nieprzyjemnym zapachem i nieestetycznymi plamami. Co tu więcej tłumaczyć... Wracam do niej regularnie i ta wersja nie różniła się szczególnie od innych Rexon, których dotychczas używałam :)

Aktualnie używam: antyperspirant w kulce Aloe Vera z Rexony;

6. Suchy szampon Wild; Batiste (50 ml; ok.8zł, ten wariant dostępny tylko w zestawie trzech miniaturek za 19,90 zł).
Suche szampony z Batiste, to mój absolutny must have. Mam spory zapas, który stale jest uzupełniany, zarówno jeśli chodzi o wersje mini, jak i pełny wymiar. Batiste świetnie odświeżają włosy i regularnie ratują mnie w sytuacjach podbramkowych. Więcej znajdziecie TU.

Aktualnie używam: suchy szampon Batiste z l-argininą;

7. Regenerująca maseczka do stóp Feet Up Advanced; Oriflame (100 ml; cena regularna 25,90 zł).
Uwielbiam tę maskę! Tak po prostu! Rewelacyjnie nawilża, odżywia i zmiękcza stopy, a w połączeniu z masażem sprawdza się wręcz idealnie. Powinna być sprzedawana obowiązkowo w komplecie z masażystą i skarpetami frotte :D Muszę ją znowu kupić! :)


8. Tusz do rzęs Catchy Eyes; Gosh (30-45 zł/szt.).
Ten tusz bardzo długo czekał na swoją kolej. Czytałam o nim wiele pozytywnych opinii, a jednocześnie trochę bałam się, że po prostu się zawiodę. I na początku rzeczywiście tak było, bo tusz był dość rzadki i dawał dosyć słaby efekt, jednak jak tylko trochę podsechł, zmienił się nie do poznania. Świetnie pogrubiał i wydłużał rzęsy, a do tego pozwalał na stopniowanie efektu. Aktualnie jest jednym z moich ulubionych tuszy i na pewno będę do niego wracać. Już wróciłam! :)

Aktualnie używam: m.in. ten sam produkt;

9. Kredka do oczu Glimmerstick Cosmic; Avon (cena regularna - 22 zł/szt.).
Zdaje się, że ta kredka była akurat czarna, ale nie zmienia to faktu, że Glimmersticki zużywam ostatnio jak szalona! Pierwsza z tych kredek trafiła do mnie jako upominek od jednej z koleżanek blogerek i od tej pory pokochałam je szczerą miłością. Kupuję je zawsze (i w różnych kolorach), kiedy tylko mam okazję. Świetnie wyglądają na powiekach, dobrze się trzymają i mają przyjemnie rozświetlające drobinki. Regularnie do nich wracam, w różnych wariantach :)

Aktualnie używam: m.in. brązowa kredka do oczu Misslyn;

***
Jeśli chodzi o podsumowanie kwietnia, to by było na tyle. Kolejna część będzie obejmować denka od maja do lipca, więc będę miała z nią dużo więcej roboty, a Wy potem czytania, ale póki co - jak zawsze - dajcie znać czy znacie i lubicie produkty, które dzisiaj opisałam. Jakie macie z nimi doświadczenia? :)
Karotka
Czytaj dalej

wtorek, 8 lipca 2014

Uriage - woda termalna

Cześć Dziewczyny!

Co sądzicie na temat wód termalnych? Przyznam szczerze, że kiedyś zupełnie nie widziałam potrzeby stosowania tego typu produktów, ale później kupiłam swoją pierwszą butelkę z czystej ciekawości. Z jednej strony było ok, ale z drugiej nie do końca wiedziałam, czy ta woda działa tak, jak powinna. Z wodami termalnymi mam ten sam problem co w przypadku toników, wiem, że warto je stosować, ale trudno mi opisać namacalne efekty stosowania. Dopiero kiedy sięgnęłam po wodę termalną z Uriage zaczęłam dostrzegać o co tak naprawdę chodzi, dlatego dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o swoich wrażeniach ze stosowania tego kosmetyku :)


Informacja od producenta:
"Idealny produkt do codziennej pielęgnacji.
Woda Termalna Uriage unikalna ze względu na swoją izotoniczność i skład mineralny. Jest to jedyna taka Woda Termalna, nie wymagająca osuszania po aplikacji.
Woda Termalna Uriage pozwala zachować równowagę osmotyczną i integralność komórek naskórka. Dzięki tej właściwości po spryskaniu skóry Wodą Termalną Uriage nie osuszamy jej, pozwalając minerałom na działanie. Skuteczność Wody Termalnej Uriage została udowodniona w badaniach klinicznych."
 
Ekhmm... To chyba skład... :)
ZASTOSOWANIE:
Po wody termalne sięgam z różną częstotliwością - raz stanowią dla mnie element codziennej pielęgnacji, a innym razem są raczej doraźnym wsparciem. Były takie tygodnie, że wody termalne były dla mnie zamiennikiem toniku, były też takie, że traktowałam je jedynie jako produkt, przynoszący orzeźwienie w upalne dni. Z czasem jednak zaczęłam stawiać na nie również podczas wzmożonej pielęgnacji antytrądzikowej, żeby ukoić zmaltretowaną skórę i wspomóc kremy nawilżające, stosowane żeby nie dopuścić do odwodnienia.
 
Woda termalna świetnie się u mnie sprawdza również jako produkt, którym spryskuję maseczki na bazie glinki, dzięki czemu nie zastygają na twarzy, działają lepiej, a do tego łatwiej się zmywają. Są też osoby, które stosują wody termalne w celu scalenia makijażu, najczęściej wykonanego kosmetykami mineralnymi, ale ja zawsze o tym zapominam ;)
 

DZIAŁANIE:
Właściwie mogłabym po prostu napisać, że wszystko to, co napisałam powyżej w zastosowaniach po prostu się sprawdziło, bo rzeczywiście woda Uriage świetnie koiła podrażnioną skórę, fantastycznie odświeżała podczas upałów, a także z powodzeniem zastępowała mi tonik, jeśli tylko miałam ochotę na odmianę. Pomagała mi też przy wspomnianych maseczkach glinkowych.
 
Na pewno jej ogromną zaletą jest to, że można ją pozostawić na skórze bez osuszania, co jest konieczne przy stosowaniu innych wód termalnych. Dzięki temu skóra dłużej czerpie to, co najlepsze z minerałów zawartych w tym niepozornym kosmetyku.
 
To, co w pewnym sensie jest również przyjemnym akcentem podczas stosowania wody Uriage, to to, że zostawia ona zabawny, słonawy posmak na ustach, a jednocześnie nie szypie, jeśli trafi przypadkiem na fragment zadrapanej lub rozdrapanej skóry. Do tego wszystkiego całkiem przyjemnie i świeżo pachnie, trochę kojarzy mi się z morzem :)
 

OPAKOWANIE:
Sama sięgam najczęściej po opakowanie 150 ml (na pewno dostępna jest również pojemność 300 ml), które najłatwiej dostać, a do tego jest to optymalna ilość, żeby przekonać się o jej działaniu na naszą skórę. Bardzo podoba mi się to, że dozownik tworzy przyjemną, delikatną mgiełkę wody, a nie leje po twarzy całym strumieniem :)


WYDAJNOŚĆ:
Moim zdaniem wody termalne ogólnie należą do wydajnych produktów, choć weźcie pod uwagę również to, że nie zawsze stosuję je codziennie. Tak czy inaczej, moja butelka wytarczyła mi na około pół roku stosowania w kratkę - raz regularnie przez kilka tygodni, innym razem od święta. Nie jest to pewnie szczególnie pomocny komentarz, ale przecież nie będę zmyślać ;)


CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Opakowanie o pojemności 150 ml, czyli takie, jak moje, bardzo często możecie dorwać w promocji w Super-Pharm za około 13-14 zł, ale z pewnością znajdziecie ją również w swoich ulubionych sieciach aptek, szczególnie tych internetowych. Z jej dostępnością nie ma raczej większych problemów.


Bardzo polubiłam się z wodą termalną Uriage i to ona przekonała mnie ostatecznie, że wody termalne stosować warto. Wcześniej używałam wody z Avene i teraz zużywam jej kolejne opakowanie, ale dopiero teraz rozumiem do czego mi ona w ogóle jest potrzeba... Szczerze przyznam, że moja cera nie jest na tyle delikatna, żebym zauważyła pomiędzymi tymi produktami większe różnice, niż tylko konieczność (lub nie) osuszania. Oba te produkty są bardzo dobre i z pewnością docenią je posiadaczki wrażliwych cer lub tych, narażonych na różnego rodzaju męczące zabiegu. Działanie wody termalnej tak naprawdę trudno opisać i jasno wyrazić słowami, ale warto je na sobie sprawdzić. Ja z pewnością będę kupować kolejne buteleczki tych wód, a tymczasem kolejne opakowanie Uriage już czeka w zapasach! :)
 
Dajcie znać co sądzicie o wodach termalnych! Czy znacie Uriage, czy może macie ulubienicę pośród produktów innych marek? :)
Karotka
Czytaj dalej

środa, 4 czerwca 2014

Majowe nowości

Cześć Dziewczyny!

Maj był dla mnie miesiącem (znowu) obfitującym w mnóstwo nowości. Jak zwykle wszędzie zwęszyłam okazję do powiększenia moich i tak już sporych kosmetycznych zasobów, więc miejmy już tę majową spowiedź za sobą. Zgrzeszyłam. Postanawiam poprawę (obiecanki-cacanki) ;)


Choć w kwestii pielęgnacji staram się kupować tylko to, co niezbędne, a majowe denko osiągnęło naprawdę zadowalający poziom (o czym za jakiś czas), kolorówka nadal niemiłosiernie mnie kusi i to ona stanowi zwykle większość moich zakupów. Stanowczo warto dać sobie na wstrzymanie, bo choć spełniłam kilka swoich kosmetycznych marzeń i zachcianek, to jednak znowu zaczyna robić się w moich szufladach nieco tłoczno.


***

Powyższe zakupy zawdzięczam Aalimce, która przy okazji majówki u rodziców, zrobiła dla mnie drobne zakupy. Zależało mi na trójce letnich żeli z Balea o bardzo apetycznych zapachach mango, arbuza (niby melon, to melon, ale na zdjęciu jest arbuz...) i karamboli. Oprócz tego przygarnęłam kolejną pomadkę ochronną z Alverde, tym razem w wariancie wiśniowym, oraz słynny kamuflaż tej samej marki. Do tej pory używałam korektora Alverde Cream To Powder i byłam nim zachwycona, ale mam już w nim dość spore denko, dlatego poprosiłam Kamilę o zakup jego następcy :) Wszystkie te produkty, kupowane bezpośrednio w DM wyniosły mnie niecałe 30 zł, więc zdecydowanie się opłacało! Żel mango już króluje pod prysznicem i muszę się przyznać, że ten zapach w dużej mierze zdominował moją aktualną pielęgnację :)


Zakup antyperspirantu Nivea Calm&Care (10,99 zł) oraz naturalnego dezodorantu w kamieniu Crystal (ok.25 zł), był podyktowany coraz częstszymi podrażnieniami na skórze pod pachami. Nigdy nie miałam przesadnie wrażliwej skóry, ale najwyraźniej częstsze używanie Rexony (związane ze wzmożoną aktywnością fizyczną) dało mi się we znaki, a depilacja za pomocą maszynki, na pewno nie pomogła rozwiązać problemu. W tej chwili, zawsze po goleniu, przecieram skórę kryształem, który ma w składzie ałun, charakteryzujący się właściwościami łagodzącymi (jako antyperspirant zupełnie się u mnie nie sprawdza; swoją drogą kwestia zawartości soli aluminium i jej działania skórę jest mocno dyskusyjna, więc zachęcam do poczytania ciekawych rozważań tutaj). Na co dzień staram się też sięgać po delikatniejszy antyperspirant - w tym celu wybrałam wersję Nivea Calm&Care, która również teoretycznie ma być przeznaczona do skóry wrażliwej, a po Rexonę sięgam w cieplejsze dni lub przed ćwiczeniami. Na ten moment ta strategia zdaje się mieć zbawienne działanie dla mojej skóry! Jeśli Wam też zdarzyły się takie problemy, to polecam wypróbować moją metodę :)

Woda termalna Uriage szturmem wtargnęła do mojego serca, a ponieważ właśnie wykończyłam swoją pierwszą butelkę, kupiłam nową w promocji za niecałe 14 zł. Na razie używam wody termalnej z Avene, ale Uriage chciałam już mieć, ponieważ jest wygodniejsza na wyjazdy z racji braku konieczności osuszania.

Zmywacz z Isany w wersji z acetonem (ok.5 zł?) i pasta do zębów Dental Cream z Himalaya Herbals (ok.11 zł) nie wymagają chyba komentarza, prawda? :)

Emulsja matująca z serii Purritin z Iwostinu, to powtórka z rozrywki. Właśnie wykończyłam pierwszą tubkę tego kremu i polubiłam się z nim, dlatego od razu sięgnęłam po nowe opakowanie. Do kremów na dzień (zależy mi na tych, które nie będą wzmagać błysku) podchodzę z coraz większym dystansem, dlatego jak już coś się u mnie sprawdzi, to staram się tego trzymać. Krem nawilżający z serii Sensitia również z Iwostinu (tego typu produkty stosuję przede wszystkim na noc), to produkt testowy. Byłam ciekawa jak wypadnie w porównaniu do mojego ukochanego Vita Sensilium z Pharmaceris A. Za nieco ponad miesiąc powinnam zresztą podzielić się z Wami moim spostrzeżeniami na ten temat :) Każdy z kremów kosztuje ok.30 zł.

Oliwka Hipp (ok.15 zł) też nie znalazła się tutaj przypadkiem! To jak dotąd najbardziej uniwersalny kosmetyk, który miałam w swoich rękach. Fantastycznie sprawdza się zarówno do olejowania włosów, paznokci, jak i po prostu w zastępstwie zwykłego balsamu. Ostatnio już za nim zatęskniłam, bo nic nie dawało takich efektów na moich paznokciach jak półgodzinna kąpiel w podgrzanej oliwce!

Jak widać pielęgnacja lubi kończyć się i przybywać stadkiem ;)


Produkty ARTDECO, to upominki które otrzymałam na bardzo interesujących warsztatach z makijażystą tej marki. Do tej pory znałam tylko słynną bazę pod cienie, a teraz mam możliwość zapoznać się również z innymi produktami marki. W moje ręce trafił tusz do rzęs Wonder Lash Mascara, puder oraz podkład z serii do makijażu High Definition oraz pomadka o pięknym, nieco koralowym odcieniu. Tusz i pomadka są już w użyciu, więc za jakiś czas spróbuję podzielić się z Wami moim wrażeniami.


Podczas gdy wszyscy szaleli na promocjach w Rossmannie ja starałam się go unikać z daleka. Prawie by mi się to udało, ale w ostatnim tygodniu promocji -49% złamałam ten niepisany zakaz i przygarnęłam cień /sprasowany pigment L'Oreal Color Infaillible w kolorze Forever Pink (ok.18 zł w CND) oraz dwie pomadki - matową Bourjois Rouge Ediotion Velvet 02 (ok.25 zł) oraz upragnioną Rimmel Moisture Renew w kolorze 360 As You Want Victoria (ok.14 zł).


Jak wiadomo, promocje typu -40% całkiem przypadkowo lubią się mnożyć w tym samym czasie we wszystkich drogeriach. O ile zwykle staram się omijać wtedy wszystkie te przybytki rozpusty, tak tym razem zbyt wczesne wyjście z domu poskutkowało "szlajaniem się" po Hebe w tym niebezpiecznym okresie. Co z kolei zaowocowało kilkoma nowościami (dla mnie) z Gosha. Ponieważ marka generalnie należy raczej do tych droższych (jak na półkę drogeryjną oczywiście), skusiłam się na cztery produkty, które wpadły mi w oko - piękny bronzer (Pink), pomadkę (158 Yours Forever), krem CC (02 Ivory) oraz róż-mozaikę (Pink Pie). W tej chwili najbardziej cieszy mnie CC, bo choć teoretycznie nie powinien dogadywać się z moją cerą, to jednak w wolne dni jest dla mnie ostatnio niezastąpiony, kiedy zależy mi na lekkim, ale ładnym makijażu :) Nie pamiętam już cen poszczególnych produktów, ale po zniżce 40% za całą czwórkę zapłaciłam ok.100 zł.


No i to są właściwie najważniejsze zakupy maja! Od tak dawna przymierzałam się do zakupu Daisy Eau So Fresh, że już nawet nie jestem w stanie określić początkowej daty mojej fascynacji tym zapachem. Bardzo długo odkładałam ten zakup, sięgałam po inne produkty i ostatecznie zawsze przekonywałam się, że chyba jednak dojrzałam już do tych lżejszych i bardziej kwiatowych zapachów. W międzyczasie zakochałam się też w absolutnie cudownej Roses de Chloe! Wybór był tak trudny, że skusiłam się na obie buteleczki. Daisy Eau So Fresh w pojemności 125 ml, a Chloe - 30 ml. Teraz chyba bym zamienił te pojemności, bo - o dziwo - to w Chloe czuję się znacznie lepiej i pewniej, choć Daisy z pewnością się u mnie nie zmarnuje. Obie buteleczki przyszły na początku miesiąca i przez ten czas w zasadzie używałam ich codziennie na przemian. Za oba flakony zapłaciłam w Perfumesco tyle, ile zapłaciłabym pewnie za samą Daisy w dowolnej stacjonarnej perfumerii.


Zoya - Payton, to kolejny zakup jeszcze z kwietnia, ale zanim dotarł do Kamili, a Kamila do mnie, musiało minąć trochę czasu. W każdym razie cieszę się, że upragniona Payton w końcu wpadła w moje ręce i że kosztowała mnie tyle, co na targach kosmetycznych, czyli 28 zł :)

Dalej mamy oczywiście nowe Essie. O ile kolekcja Resort Fling zupełnie mnie nie oczarowała, tak sam lakier Find Me An Oasis już jak najbardziej. Niestety formuła profesjonalna jest strasznie trudna we współpracy, ale kolor naprawdę wiele rekompensuje... Brzoskwinka, to kolor, który od dawna wisiał na mojej wishliście, czyli Van D'Go. Każdy z lakierów był kupiony w mniej lub bardziej promocyjnej cenie (w sklepach Kajuba oraz Minti Shop) ;) Dalsze pozycje, to Carousel Coral, Foot Loose i Carry On, które przygarnęłam od mojej Essie-soulmate Sylwii w bardzo okazyjnej-okazji [tak, świadomie użyłam masła maślanego ;)].


W ramach współpracy z marką Rimmel otrzymałam trzy nowe kolory lakierów z serii 60 Seconds, z kolekcji sygnowanej przez Ritę Orę. Z całej trójki - White Hot Love, Lose Your Lingerie oraz Midnight Rendevous - używałam jak na razie tylko ostatniego i muszę przyznać, że z miejsca mnie oczarował. Podobno jaśniejsze kolory są trochę problematyczne, ale ten był bardzo komfortowy w aplikacji, no i ten kolor!


Powyższe mogę podsumować tylko tak - takie tam pierdoły z Biedronki. Nic z tego nie było mi potrzebne, ale przy tych śmiesznych cenach jakoś samo wylądowało w koszyku. Peelingi Bielendy kosztowały ok.5 zł, a maski Biovax były chyba 2 zł. Tak wyszło ;)


No i ostatni duży zakup z maja, to pędzle Real Techniques! Od dawna planowałam, że dołączą do mojej kolekcji i wielokrotnie widziałam je oczyma wyobraźni na mojej toaletce. Miałam zamiar kupić je przez iHerb, ale w międzyczasie pojawiły się jakieś problemy z płatnościami, więc ostatecznie pozbierałam je przy okazji jakiś drobnych promocji i kodów zniżkowych do sklepów Minti Shop i E-Zebra. Może nie zaoszczędziła tyle, co za pośrednictwem iHerb, no ale przynajmniej nikt mi ich nie utopił w oceanie :D

Skusiłam się na zestaw pędzli do twarzy Core Collection, pojedyncze pędzle Expert Face Brush, Setting Brush, Blush Brush oraz gąbeczkę Miracle Complexion Sponge. ...i teraz boję się ich użyć! Są takie śliczne, że aż szkoda mi je brudzić i kurzyć... Pomińmy tę kwestię milczeniem, proszę... :D

***
No! Nie obiecuję (sobie), że w czerwcu nie kupię nic, bo to nie byłoby prawdą (w końcu już czekam na nowe opakowanie podkładu mineralnego :D), ale wiem, że czekają mnie ważniejsze wydatki, dlatego bardzo chciałabym znowu trochę wyhamować moje zapędy. Co tam zresztą wyrzuty sumienia, skoro wszystko tak cieszy! ;))

Standardowo - czekam na Wasze opinie o powyższych kosmetykach, jeśli już miałyście z nimi do czynienia! Co Wam przypadło do gustu, a co nie? A może coś Was szczególnie ciekawi i może mogłabym Wam krótko odpowiedzieć/podpowiedzieć [coś]? :)
K.
Czytaj dalej

środa, 4 września 2013

Ulubieńcy sierpnia

Cześć Dziewczyny!

Sierpień za nami, wrzesień przywitał nas chłodnym przypomnieniem, że jesień już za pasem, ale ja jeszcze trochę powspominam lato. Dzisiaj pora na ulubieńców ubiegłego miesiąca! :)

Zanim jednak o ulubieńcach, chciałabym zaznaczyć, że nowy szablon na blogu jest w całości dziełem Agaty z bloga Agata bloguje, której bardzo mocno dziękuję! Może dzięki tym różowo-fioletowym barwom uda mi się zatrzymać lato choć na parę tygodni dłużej :)))


Nie przedłużając - zacznijmy od kolorowych ulubieńców, ponieważ tych, jak zwykle, uzbierało się najwięcej. Jest wśród nich kilka nowości, więc pomyślałam, że dorzucę od razu swatche produktów kolorowych, jeśli jeszcze nie pojawiły się one na blogu :)


Jeśli chodzi o róże, w sierpniu sięgałam wymiennie po trzy produkty - na urlopie był to róż Bell (prawdopodobnie numer 12, wersja z Biedronki :)), po urlopie - Cabana Boy z TheBalm, natomiast pod koniec miesiąca, najczęściej wybierałam Hervanę z Benefitu. Każdy z nich posiadam już dłuższy czas i o ile TheBalm i Benefit wracają do łask co jakiś czas, tak róż z Bell zdobył moje serce dopiero teraz. Choć nie jest pozbawiony wad, to jednak mocno przypadł mi do gustu i chętnie sięgam po niego, jeśli nie zależy mi na super trwałym makijażu, ponieważ jest to dość delikatny kolor, który w miarę upływu dnia przestaje być widoczny na mojej skórze. Mimo to mocno go polubiłam, a skojarzenia związane z jego użytkowanie podczas bardzo udanego urlopu działają tylko na plus ;))


Na zdjęciu powyżej możecie zajrzeć do środka produktów oraz zobaczyć jak wyglądają na skórze. Swatche wyszły dość delikatnie, ale na twarzy produkty nałożone pędzlem są odrobinę bardziej intensywne.


W sierpniu wyjątkowo chętnie sięgałam po kolorowe pomadki. Odkąd w mojej kosmetyczce znalazły się pomadki Color Whisper z Maybelline prawie się z nimi nie rozstaję. Całkiem słusznie uległam całemu temu szałowi na nie, ponieważ idealnie wpisują się w moje upodobanie do półprzezroczystych kolorów. Postawiłam na nieco fioletowy Oh La Lilac oraz delikatny brudny róż Lust for Blush, który jest jednym z hitowych kolorów tej serii. Pomadki Color Whisper nadają ustom widoczny kolor, ale jednocześnie nie jest on zbyt intensywny, dlatego pomadki nadają się nawet na co dzień, niemal w każdej sytuacji. Kiedy jednak miałam ochotę na wyraźny kolor na ustach, to wtedy sięgałam po przepiękną szminkę o numerze 103 z serii matowych szminek Rimmel by Kate. Na początku ta czerwona seria nie wywarła na mnie wrażenia, a teraz mam 4 z 5 dostępnych kolorów... No cóż, tylko krowa nie zmienia zdania ;)


O cieniach z kolekcji Me & My Icecream od Esscence pisałam całkiem niedawno. W TYM poście znajdziecie również swatche wszystkich trzech cieni z tej kolekcji. W ubiegłym miesiącu upodobałam sobie szczególnie Cone Head (beżowo-fioletowy) oraz Always On My Mint (miętowo-złoty). Świetnie sprawdzały się w duecie z matowym brązem!

Po urlopie wróciłam trochę opalona, więc siłą rzeczy, wszystkie moje podkłady zrobiły się dla mnie zbyt jasne. Nie chciałam kupować nic nowego, więc zerknęłam na to, co już miałam - i tym sposobem dokopałam się do używanego już kiedyś podkładu City Matt z Lirene. Wcześniej nie byłam nim zachwycona i mimo, że trudno mi było mu coś zarzucić, to jednak nie pokochałam go. Tym razem okazał się być dla mnie naprawdę dobrym produktem. City Matt, w duecie z niezastąpionym Maybelline Dream Matte Powder, bardzo dobrze trzyma mat na mojej skórze, całkiem nieźle się trzyma i - co najważniejsze - nie ciemnieje, ani nie pomarańczowieje w ciągu dnia! Jest bardzo ok! :)


W sierpniu liczyły się tylko dwa lakiery - Cocktail Passion od Rimmel (swatche TU), który królował na paznokciach u rąk oraz ukochany Splash of Grenadine (swatche TU), który tym razem wylądował na stopach. Oba kolory uwielbiam i chętnie do nich wracam! :)


Starczy już tej kolorówki, prawda? :) Pora przyjrzeć się kilku wyróżnionym przeze mnie produktom pielęgnacyjnym! Właściwie mogłabym tu powielić ostatnich ulubieńców, w szczególności kremy z Pharmaceris i Sanoflore, ale nie chcę się powtarzać, więc pokażę Wam tylko nowych ulubieńców (i jednego nowego-starego) :)


Peeling do ust Bubblegum z Lush to naprawdę świetny gadżet, którego walory pielęgnacyjne (i smakowe!) są naprawdę warte uwagi! Sądzę, że dzięki niemu naprawdę zacznę dbać o regularne peelingowanie ust, dzięki czemu nawet dość wymagające matowe pomadki zaczną w końcu wyglądać na moich ustach elegancko :)

Maska do twarzy Catastrophe Cosmetic z Lush, to jest mój hit-hitów, jeśli chodzi o oczyszczanie twarzy! Wszystkie zachwyty na jej temat pojawiły się już w TYM poście, więc nie będę ich powielać. Powiem tylko tyle - MUST HAVE!

Oba produkty Lush dostałam od mojej ukochanej Przyjaciółki Stefanii, której po raz setny dziękuję z całego serca! :) :*


Parafinowy krem do rąk z Lirene to bardzo przyjemne zaskoczenie! Nie wiem dlaczego, ale byłam mocno uprzedzona w stosunku do tego produktu i, mimo ogromnej sympatii, jaką darzę kremy do rąk z czerwonej linii, zostawiłam go sobie jako ostateczność. Kiedy w końcu wykończyłam większość kremów, które nadawały się do pracy, wyciągnęłam ten produkt z zapasów. Okazało się, że wszelkie moje uprzedzenia były zupełnie niesłuszne, ponieważ krem przyjemnie otula dłonie warstwą ochronną, która dobrze się wchłania, nie zostawia tłustego filmu i przyzwoicie nawilża moje dłonie. Bardzo dobrze radzi sobie zwłaszcza w starciu moje dłoni kontra sterta papierów ;)

Woda termalna Uriage, która również znalazła się wśród ulubieńców, to efekt Waszych blogowych zachwytów nad tym produktem! Byłam jej niesamowicie ciekawa, ale przez większość czasu odkładałam ten zakup. Wcześniej miałam wodę termalną z Avene, ale nie byłam nią oczarowana. Natomiast Uriage z miejsca zdobyła moje serce! Nie tylko rozpyla na buzi prawdziwą mgiełkę, ale i naprawdę mam wrażenie, że moja skóra jest jakby odrobinę bardziej nawilżona, a kiedy tego potrzebuje - również ukojona. Myślę, że ta znajomość ma szansę przerodzić się w regularny związek ;)

***
Jak widzicie, po raz kolejny grono moich ulubieńców jest całkiem liczne, a i tak oszczędziłam Wam ględzenia o ulubieńcach, których mogłabym pokazywać w każdym poście z tej serii, czyli m.in. paletki Sleek Oh So Special czy pudru matującego Dream Matte Powder z Maybelline :)

Miałyście już okazję poznać moich ulubieńców i przetestować ich na sobie? Czy któryś z tych produktów również i Wam tam mocno przypadł do gustu, jak i mi? :)
K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast