Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oriflame. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oriflame. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 kwietnia 2015

10 kosmetyków do makijażu, których nie może zabraknąć w mojej wyjazdowej kosmetyczce

Wspominałam Wam już, że cały świąteczny tydzień spędziłam na wyjeździe - pierwszy weekend spędziliśmy w Pradze, a następnie udaliśmy się do rodziny w Wiedniu, żeby spędzić tam cały Wielki Tydzień. Nie chciałam ciągnąć ze sobą za dużo kosmetyków, dlatego starałam się, żeby moja kosmetyczka miała jak najbardziej ograniczoną zawartość. Przy okazji wyszło na to, że wybrałam 10 produktów kolorowych, po które najchętniej sięgałam w czasie ostatnich miesięcy, możecie więc uznać ten post jednocześnie za ulubieńców pierwszego kwartału :)


Nie jestem mistrzynią makijażu, ale mam określony zestaw produktów, po które sięgam wykonując codzienny make up. Oczywiście, będąc w domu, lubię zmieniać poszczególne elementy, sięgać po różne cienie, innym razem podkreślam usta, zamiast oczu, ale na wyjeździe potrzebuję sprawdzonych kosmetyków, które pozwolą mi dostosować makijaż do zastanej okazji, a jednocześnie za pomocą których będę w stanie wykonać mój, nazwijmy to "szablonowy" makijaż. Dziesiątka, którą opisuję poniżej, sprawdziła się w tej kwestii wyśmienicie i muszę przyznać, że przez cały wyjazd nie odczułam braku jakiegokolwiek innego kosmetyku do makijażu:)


Przez kilka, o ile nie kilkanaście ostatnich miesięcy, w moim makijażu królowały podkłady mineralny, ale odkąd wykończyłam moje opakowanie Annabelle Minerals, po stanowiłam zrobić sobie chwilę przerwy i wrócić do sprawdzonego podkładu Healthy Mix z Bourjois. To zresztą mój ulubiony podkład na wyjazdy, sprawdzony, przyjemnie kryjący, nie tworzący maski, a do tego łatwy i przyjemny w użyciu.

Wiadomo, że na wyjeździe chciałabym uniknąć kosmetyków pylących i podatnych na robienie bałaganu, dlatego stawiam wtedy zwykle na podkłady płynne. Podobną zasadę stosuję przy wyborze pudru, tu jednak stawiam na kompakt. W tym przypadku ponownie wybrałam produkt Bourjois, który ostatnio mocno przypadł mi do gustu, czyli puder Healthy Balance. HB ma przyjemny żółty odcień, który ładnie neutralizuje zaczerwienienia. Jeśli chodzi o jego działanie, to cóż - puder przyjemnie neutralizuje mokre wykończenie podkładu i zapewnia mi mat na kilka godzin. Po upływie tego czasu cera odrobinę zaczyna się świecić, ale rzadko jest to błysk, który wymaga większych zabiegów, niż zmatowienie twarzy bibułką lub chusteczką higieniczną.

Jestem posiadaczką kapryśnej cery, na której stosunkowo często pojawiają się wypryski, dlatego nigdy nie zostawiam krycia jako zadania z którego miałby się wywiązać tylko podkład. Zawsze więc mam ze sobą korektor lub kamuflaż. Od ponad roku stawiam na markę Alverde i nic nie zapowiada, żeby to się miało zmienić (poczyniłam już odpowiednie zapasy ;)). Aktualnie wykańczam kamuflaż, który ma wygodną, kremową formułę, która łatwo rozprowadza się na skórze i ma dobrą trwałość. Produkt bardzo dobrze sprawdza się zarówno jako korektor pod oczy, jak i na wypryski. Nie jest dla mnie zbyt ciężki, nie zbiera się z załamaniach skóry i - jak już wspomniałam - całkiem dobrze trzyma się skóry. Więcej mi nie potrzeba na wyjazdy! :)


Był okres, że byłam obrażona na bronzery i porzuciłam ich używanie, ale od pewnego czasu znowu się z nimi przeprosiłam. Myślę, że wszystko było kwestią znalezienia odpowiedniego pędzla. Aktualnie używam Hakuro H24, który rewelacyjnie rozprowadza produkt na skórze. Słynny bronzer Bahama Mama z TheBalm jest dość mocno napigmentowany, ale odpowiedni pędzel i trochę wprawy sprawią, że nie zrobimy sobie nim krzywdy. Jego przyjemny matowy odcień brązu pozwala na wykonturowanie twarzy i podkreślenie jej atutów.


Moim kolejnym wyjazdowym hitem okazała się paletka TheBalm Autobalm Hawaii, którą niedawno opisywałam na blogu. Cieszę się, że na wyjeździe sprawdziła się tak samo dobrze, jak i w codziennym makijażu. Właściwie nie brakowało mi w niej niczego - piękny, dziewczęcy róż przyjemnie ożywiał twarz, a cienie pozwalały na wykonanie szybkiego i łatwego makijażu oka. Pełną recenzję tego produktu znajdziecie TUTAJ.


Kiedy wykończyłam ostatnio używany tusze, sięgnęłam po produkt, który zebrał już w blogosferze kilka dobrych recenzji. Polecały go Sylwia i Marta, więc z radością wyciągnęłam go z zapasów. Mowa o kolejnym bardzo udanym produkcie od Bourjois, czyli maskarze Twist Up The Volume, która charakteryzuje się śmieszną szczoteczką, którą można ustawić w dwóch pozycjach. Mi pasuje bardziej ta skręcona, która rewelacyjnie rozczesuje moje rzęsy i tworzy z nich piękny wachlarzyk! To, co najbardziej mi w niej pasuje, to to, że była gotowa do użycia od razu po otwarciu, nie musiała nieco zastygnąć, bo od razu miała odpowiednią konsystencję. Oby tak dalej! :)

Kredka, którą zabrałam ze sobą na wyjazd, to również sprawdzona już w wielu warunkach Linea Automatic Eyeliner od Paese w kolorze Brown Glam. Brąz rewelacyjnie sprawdza się w codziennym makijażu i nie odcina się tak bardzo jak czerń, a zarazem spełnia swoją rolę i dobrze podkreśla oko i optycznie zagęszcza rzęsy. W razie potrzeby, w towarzystwie najciemniejszego cienia z paletki Autobalm, szybko można było nią też stworzyć bardziej uroczysty makijaż.


Ostatnie trzy produkty w mojej wyjazdowej kosmetyczce, to kosmetyki pozornie niezbyt istotne, ale dzięki nim mój makijaż stanowił zgrabną całość. Po pierwsze - zabrałam ze sobą próbki bazy pod cienie Urban Decay (załączone do palety Naked), która okazała się być tak skuteczna, jak o niej mówią. Pięknie utrzymuje cienie w miejscu i sprawia, że tkwią na powiece w niezmienionym stanie przez cały dzień. Ponieważ każda z próbek jest szalenie wydajna, na razie używam wersji Sin, o perłowym wykończeniu, które jednak nie zmienia wykończenia samych cieni.

Drugim produktem z trójki, na który postawiłam, jest paletka cieni do brwi z Oriflame. Mam ją już naprawdę długo i przez pewien czas zastąpiłam ją cieniem w kremie z Maybelline, który aktualnie niemal całkowicie mi zastygł. Przeprosiłam się więc ze wspomnianą paletką i cóż, okazało się że nadal bardzo ją lubię. Oba odcienie brązu bardzo mi odpowiadają i stosuję je albo rozdzielnie, w zależności od zamierzonego efektu (i ciężkości makijażu), a czasami zdarza mi się je mieszać, szczególnie kiedy chcę uzupełnić ewentualne luki, a boję się przesadzić.

Ostatnim kosmetykiem jest pomadka ochronna Nivea Vitamin Shake, do której również wróciłam po dłuższej przerwie. Jest to produkt, który dobrze pielęgnuje moje usta, a jednocześnie świetnie je podkreśla, ponieważ nadaje im delikatny połysk, zbliżony do tego który dają błyszczyki, ale jest pozbawiony wkurzającego uczucia "klejenia się". W codziennym makijażu zwykle stawiam na mocniejsze podkreślenie oczu, dlatego sama pomadka pielęgnacyjna w zupełności mi wystarcza.

***
Tak właśnie prezentowała się zawartość mojej wyjazdowej kosmetyczki i według podobnych zasad staram się komponować zestawy na każdy weekend czy urlop poza domem. Koniecznie dajcie znać czy taki zestaw byłby wystarczający również i dla Was czy może zmieniłybyście w nim coś? Jaki jest Wasz zestaw idealny? Czy stawiacie na konkretne sprawdzone kosmetyki, czy trzymacie się tylko określonych kategorii produktów kolorowych? :)
Karolina
Czytaj dalej

piątek, 21 listopada 2014

Przegląd kredek do oczu - część II

Cześć Dziewczyny!
Przed Wami druga część przeglądu kredek do oczu, które przewinęły się w ostatnich kilku, kilkunastu miesiącach przez moje ręce. W poprzedniej części (KLIK!) wyjaśniłam po krótce za co w ogóle lubię konturówki do oczu i dlaczego są one elementem must have w moim codziennym makijażu. Poprzednim razem zaprezentowałam Wam kredki marek Gosh, Rimmel, czy Pierre Rene i były to produkty, których używałam ostatnio. Dzisiejsza grupa to produkty głównie marek Avon, Oriflame i Misslyn, ale znajdziecie tutaj też samotnego Rimmelka czy reprezentantkę marki Paese :)

 
***
AVON - Glimmerstick Diamonds i Glimmerstick Cosmic
w kolorach Twilight, Moonlit Brown, Blackend Black, Twilight Sparkle, Brown Sugar


Na kredki Glimmerstick z Avon trafiłam w zasadzie zupełnym przypadkiem, ponieważ do pewnego czasu słyszałam jedynie same zachwyty nad serią SuperShock, a Glimmersticki były dla mnie zupełnie obce. Do czasu kiedy Marysia (ex-blogerka La Frambuesa) sprezentowała mi brązową kredkę w odcieniu Brown Sugar. Jak widać, pierwsza reprezentantka serii przypadła mi do gustu tak mocno, że przy kolejnych okazjach zaczęłam zamawiać kolejne kolory, zarówno te z serii Glimmerstick Diamonds, jak i Glimmerstick Cosmic.

Lubię te kredki za to, że są mięciutkie i gładko suną po powiece, ale jednocześnie nie maślą się i nie zostawiają grudek. Są bardzo trwałe i utrzymują się na powiece przez większą część dnia nawet bez użycia bazy! Wersje, które przybliżam Wam poniżej, czyli Cosmic i Diamonds, są wyposażone w piękne drobinki, które jednocześnie nie są wyczuwalne na powiece, nie migrują, nie osypują się, na wpadają do oka, nie błyszczą tandetnie i są naprawdę tylko delikatnie widoczne na powiece, za to ładnie ożywiają kolor, dodając mu trochę wielowymiarowości, a przy tym przyjemnie rozświetlają oko.

Właściwie nie widzę żadnej różnicy pomiędzy obiema tymi seriami, więc obie jednakowo polecam. Każdy z dostępnych kolorów odrobinę się różni, więc kupując np. brąz z serii Glimmerstick Cosmic możecie liczyć na to, że nie powielicie brązu z serii Glimmerstick Diamonds. Koszt tych kredek, to w przypadku promocji zwykle ok.10-12 zł.


***
AVON - SuperSHOCK
w kolorach Flash i Black
 

Kredki SuperSHOCK zna chyba prawie każda kosmetoholiczka, swego czasu były bardzo popularne w blogosferze, szczególnie ta w kolorze czarnym. Najbardziej przysłużyła się temu Nissiax83, która swego czasu używała jej właściwie non stop. W związku z wieloma pozytywnymi recenzjami, kiedy w końcu pojawiła się możliwość kupienia tych kredek, zdecydowałam się na dwa kolory - czarną i cielistą, ale nieco perłową.

Przede wszystkim, kredki SuperSHOCK mają szalenie miękki grafit i gładko suną po powiece zostawiając za sobą intensywny kolor i dosyć równą, choć nieco grubą kreskę. Nad grubością oczywiście można popracować i najławiej zrobić to próbując "włożyć" kredkę w linię rzęs, dzięki czemu przy okazji optycznie zagęścimy i przyciemnimy rzęsy i oprawę oka (w przypadku ciemnych kolorów). Warto próbować, bo efekt jest świetny! Kredki przez krótki czas po aplikacji są podatne na rozcieranie, dzięki czemu, jeśli zależy Wam na delikatniejszym efekcie, to jest to dobry czas na wszelkie dodatkowe manewry :)

Jeśli chodzi o trwałość, to nie mam tym kredkom zbyt wiele do zarzucenia... Na pewno zauważalnie krócej trzymają się na dolnej powiece i tu zdecydowanie warto je utrwalić bazą i cieniem, ale nadal jest to znaczna większość dnia. Dopiero po długich godzinach kolor zaczyna nieco blaknąć. Jaśniejsza kredka, w moim odczuciu trzyma się słabiej, ale ja najczęściej noszę ją raczej głównie w kącikach, gdzie naprawdę żadna kredka jeszcze nie wytrzymała całego dnia. Na powiekach jest z nią już całkiem dobrze.

Wiem, że niektóre z Was miały problemy z zaostrzeniem kredek SuperSHOCK, dlatego warto wcześniej schłodzić kredkę w lodówce, dzięki czemu grafit będzie bardziej zwarty i mniej podatny na uszkodzenia od temperówki.

W zależności od tego, czy kredki są aktualnie w promocji, czy nie ich cena waha się od ok.14 do 24 zł. Co jakiś czas są dostępne różne warianty kolorystyczne, więc warto śledzić katalogi.

 
***
Misslyn - Intense Color Liner 78 i 195
 
 
Z marką Misslyn nie znam się zbyt dobrze, ale wiem, że zbiera sporo dobrych opinii. Jak na razie mam dwa lakiery i dwie kredki. Jeśli chodzi o kredki Intense Color Liner, to mam o nich dobre zdanie, choć niestety nie mogę powiedzieć o nich, że są moimi faworytkami. Największy problem w ich użytkowaniu sprawia mi dość twardy grafit, który warto najpierw "rozpisać" na dłoni, albo nawet zatemperować po to, żeby pozbyć się pierwszej warstwy. Dalej kredka jest już znacznie bardziej przyjazna dla oka, ale bez tego zabiegu, pierwszy kontakt oka z kredką mógłby być bardzo nieprzyjemny.
 
Po zaostrzeniu, kredki zostawiają też znacznie bardziej intensywny kolor, dzięki czemu kreska nie wymaga zbyt wielu poprawek. Myślę, że jeśli macie bardziej stabilną rękę, to polubicie te kredki, ponieważ można nimi wykonać bardzo precyzyjną kreskę na powiece, a ta na szczęście jest naprawdę trwała i przez większość dnia utrzymuje się w niezmienionym stanie i w zasadzie tak samo intensywna.
 
Swoje kredki kupiłam w Drogerii Hebe za jakieś 7-8 zł, ale pamiętam, że to była spora promocja. Jeśli KWC dobrze mi podpowiada, to cena regualrna tych kredek powinna kszałtować się w okolicach 13 zł. Warto spróbować, tym bardziej, że wybór kolorów jest naprawdę spory. Tylko pamiętajcie o moich wskazówkach :)
 
Swatche znajdziecie trzy zdjęcia niżej.
 
***
PAESE - LINEA Automatic Eyeliner - Brown Glam
 

Na kredkę Linea z Paese namówiła mnie na poprzednich Targach Kosmetycznych Paula, z nieaktualizowanego już bloga Basket of Kisses, która zachwalała intensywność koloru, trwałość i wszelkie inne cechy tego produktu, z wbudowaną minitemperówką włącznie. Dałam się namówić i absolutnie nie żałuję, bo jak dotąd, to jedna z najlepszych kredek, jakich używałam! Wszystko, co mówiła Paula, to prawda - Linea fantastycznie się trzyma, ma naprawdę piękny, intensywny kolor, a do tego mój ulubiony miękki grafit, dzięki czemu malowanie, to sama przyjemność!

Naprawdę nie wiem, co mogę więcej o niej napisać - jest świetna - musicie ją wyprówać i tyle! W sklepie internetowym Paese i na stoiskach marki kupicie ją za 19,90 zł. Ja już nabyłam kolejne dwie sztuki :)

Swatche znajdziecie dwa zdjęcia niżej.

***
Rimmel - Scandaleyes - Black
 

Jeśli chodzi o kredkę Scandaleyes z Rimmel, to wszystko zapowiadało, że będzie zbliżona do świetnych kredek SuperSHOCK z Avonu. Podobna konsystencja, miękki, maślany grafit, intensywna czerń i obietnica świetnej trwałości. Miało tak być, ale wyszło niestety słabo, bo na moich powiekach kredka rozmazuje się w tempie ekspresowym - na górnej powiece zawsze po pewnym czasie zostawia "xero", natomiast na dolnej tworzy malowniczą pandę... Zastowanie bazy i utrwalenie cieniem w zasadzie spływa po niej, jak woda po kaczce i dalej robi swoje. Niestety niezgodnie z obietnicami producenta. Owszem, zdarzają się jej lepsze dni, ale dla mnie ten produkt jest tak nieprzewidywalny, że nie jestem w stanie postawić na nią w ważnym dniu, czy nawet na długiej imprezie. Szkoda Waszych 19 zł na ten produkt, jeśli chcecie kupić udaną kredkę z Rimmel, to zdecydowanie lepiej postawić na bardzo, bardzo dobre kredki automatyczne Exaggerate!

Poniżej dwa zdjęcia ze swatchami czterech opisanych wyżej kredek - Misslyn, Paese i Rimmel. Zdjęcia zrobione bliżej okna (jaśniejsze) i dalej (ciemniejsze), dzięki czemu widać delikatne zmiany w kolorach.


 
***
ORIFLAME - Kohl Pencil - Nude
ORIFLAME - Smooth Definer - Brown i Black
 

Ostatnie trzy kredki, to produkty marki Oriflame, wśród których znalazły się dwie serie - kredka cielista pochodzi aktualnie z serii The One, co wiąże się z drobną zmianą opakowania, ale środek, to ten sam produkt (obecnie wygląda tak KLIK), wobec czego postanowiłam ją pokazać, natomiast czarna i brązowa kredka pochodzą jeszcze z serii Oriflame Beauty i z tego, co widzę, to w ofercie została już chyba tylko czarna, a szkoda!

W okresie, kiedy byłam konsultantką Oriflame, zużyłam niezliczoną ilość przeróżnych kredek tej marki, z których większość była naprawdę bardzo dobra. Te, które mam jeszcze w posiadaniu (lub miałam, bo brązowa dawno już się skończyła ;)), również wpisują się w ten nurt. Cielista kredka Kohl Pencil, to świetny produkt do rozjaśniania szczególnie dolnej linii wodnej lub wewnętrznego kącika oka. Nie zawiera żadnych drobinek i jest całkowice matowa. Jej kolor, to mieszanka beżu z kropelką różu. Wygląda naprawdę całkiem naturalnie. Grafik nie należy do tych najbardziej maślanych, ale jest dosyć miękki i zostawia ładną smugę koloru. Jeśli zależy nam na intensywniejszym odcieniu, to można ją trochę poprawić, ale nie wymaga to wielu wysiłków. Kredka jest też na szczęście całkiem trwała, szczególnie, jak na kredkę cielistą, które - według moich obserwacji - zwykle znikają z powiek znaaacznie szybciej, niż ich ciemniejsze koleżanki. Ta utrzymuje się na powiekach spokojnie kilka godzin, co w moim przypadku jest całkiem dobrym wynikiem.

Podobnie sprawa ma się w przypadku kredek z serii Smooth Definer, tu jednak różnica polega na tym, że w przeciwieństwie do kredki Kohl Pencil, kredki Smooth Definer są kredkami automatycznymi, co - przyznam szczerze - chyba już samo z siebie wpływa na moją większą sympatię. Mają też nieco bardziej miękki grafit, dzięki czemu kolor od razu jest odpowiednio intensywny, a przy tym również sporo trwalszy, bo utrzymujący się niemal cały dzień. Gdybym ponownie miała do nich dobry dostęp (i gdyby nadal mieli brąz w ofercie), to z pewnością powtórzyłabym zakup. Może nie jest to to samo, co Paese, ale to również świetne konturówki.

Bez promocji, za każdą z kredek zapłacicie około 22-23 zł, ale wiecie jak to jest z firmami, działającymi przez katalogi - one prawie zawsze mają jakąś promocję :)

 
Nawet nie zauważyłam kiedy nagromadziłam tyle świetnych konturówek do oczu! Oczywiście sporo z nich już dawno wykończyłam, a zdjęcia udokumentowały ich ostatnie podrygi, ale jednocześnie do wielu z nich regularnie wracam, jak na przykład do kredek Glimmerstick, dlatego bardzo mocno je Wam polecam.
 
W poprzedniej części serii o kredkach polecałyście mi między innymi kredki do oczu Emily z Golden Rose i zdradzę Wam, że niedawno zaopatrzyłam się na próbę w dwa odcienie. Jak tylko wyrobię sobie o nich zdanie, to na pewno wrócę do Was z kolejnym postem zbiorczym, tym bardziej, że już teraz nagromadziło mi się sporo ciekawych produktów do pokazania, a także kilka nowych kolorów z już prezentowanych serii.
 
Jak zawsze czekam też na Wasze komentarze z opiniami na temat prezentowanych produktów lub też polecające Waszych ulubieńców z tej kategorii! :)
Karotka
 

Czytaj dalej

piątek, 26 września 2014

Kwietniowe denko

Cześć Dziewczyny!

Jak już wspominałam kilka postów temu - w tym roku mianuję się królową blogowych zaległości - wobec czego, żeby po raz kolejny uczcić ten tytuł, przybywam do Was (z planety Nieregularność) z podsumowaniem i krótkimi recenzjami produktów zużytych... w kwietniu :D


Taaak, możecie się śmiać, ale przed Wami jeszcze denka od maja do września, więc ten tego... Przygotujcie się na mnóóóóóstwo czytania, bo nie odpuszczę! ;) Posty denkowe, to tradycja mojego bloga i często są dla mnie świetną okazją, żeby krótko zrecenzować produkty, o których nie warto się rozpisywać w osobnych postach, a jednak warto coś o nich wiedzieć. Czasami są też okazją do przypomnienia o moich ulubieńcach, czy odkryciach. Pomijając powyższe argumenty, kiedy mam wiedzieć lepiej czy produkt się sprawdził, jeśli nie po zużyciu całego opakowania? :))


Wobec powyższego, życzę Wam miłego czytania! Na początek krótkie i nieduże denko kwietniowe, kiedy to zużyłam/liśmy 9 produktów :)


1. Balsam do ciała Intensywna Regeneracja; Lirene (400ml; ok.16-18 zł).
Ten balsam zdecydowanie przypadł do gustu zarówno mi, jak i mojemu facetowi. Bardzo dobrze sprawdzał się jako codzienny nawilżacz. Nie zostawiał tłustej warstwy, ale jednocześnie dawał poczucie dobrze odżywionej skóry. Pełną recenzję znajdziecie TUTAJ. Myślę, że jeszcze nie raz będziemy wracać do tego produktu.

Aktualnie używam: Lirene Youngy balsam z jabłkiem;

2. Pianka do mycia rąk Sea Island Cotton; Bath & Body Works (259 ml; cena regularna 29 zł).
Z pewnością stałe czytelniczki mojego bloga wiedzą, że bardzo lubię pianki z BBW i goszczą one regularnie w mojej łazience. Nie wysuszają moich dłoni, dobrze ją oczyszczają, a do tego przyjemnie pachną. Najchętniej zaopatruję się w nie podczas wyprzedaży, dzięki czemu płacę za nie często ok.10-15 zł. Oczywiście mam zrobiony zapas :) Recenzję innego wariantu zapachowego znajdziecie TUTAJ.

Aktualnie używam: Bath & Body Works pianka do mycia rąk Dancing Waters;


3. Woda termalna; Uriage (150 ml; ok. 15 zł).
Ten produkt zna i chwali dobre pół blogosfery - i bardzo słusznie! Ja również jestem zachwycona tą wodą termalną i właściwie to dzięki niej polubiłam tego rodzaju produkty i na stałe włączyłam je do pielęgnacji. Jej działanie trudno opisać w kilku słowach, bo i trudno jest je w ogóle w słowa ująć, dlatego odsyłam Was do pełnej recenzji TUTAJ :) Już mam jedną buteleczkę w zapasie!

Aktualnie używam: woda termalna z Avene;

4. Błotna maska oczyszczająca z algami; Organic Shop (75 ml; 16,90 zł).
Po tę maskę sięgnęłam z ciekawości i poniekąd w ramach urozmaicenia swojej pielęgnacji. Zwykle sięgam po maski oczyszczające z glinkami, a tym razem sięgnęłam po wersję błotną, która sprawdziła się równie dobrze. Generalnie byłam zadowolona i chętnie do niej wrócę, a ponieważ chcę Wam napisać o niej trochę więcej, to w tej chwili nie będę pisać więcej, niż to, że po prostu warto ją wypróbować :)

Aktualnie używam: oczyszczająca maska błotna z Himalaya Herbals;


5. Antyperspirant w kulce Clear Diamond; Rexona (50 ml; ok.10 zł).
Jeśli chodzi o antyperspiranty, to Rexona sprawdza się u mnie zdecydowanie najlepiej i to właśnie po tę markę sięgam najczęściej i najchętniej. Po prostu najskuteczniej chroni mnie przed nieprzyjemnym zapachem i nieestetycznymi plamami. Co tu więcej tłumaczyć... Wracam do niej regularnie i ta wersja nie różniła się szczególnie od innych Rexon, których dotychczas używałam :)

Aktualnie używam: antyperspirant w kulce Aloe Vera z Rexony;

6. Suchy szampon Wild; Batiste (50 ml; ok.8zł, ten wariant dostępny tylko w zestawie trzech miniaturek za 19,90 zł).
Suche szampony z Batiste, to mój absolutny must have. Mam spory zapas, który stale jest uzupełniany, zarówno jeśli chodzi o wersje mini, jak i pełny wymiar. Batiste świetnie odświeżają włosy i regularnie ratują mnie w sytuacjach podbramkowych. Więcej znajdziecie TU.

Aktualnie używam: suchy szampon Batiste z l-argininą;

7. Regenerująca maseczka do stóp Feet Up Advanced; Oriflame (100 ml; cena regularna 25,90 zł).
Uwielbiam tę maskę! Tak po prostu! Rewelacyjnie nawilża, odżywia i zmiękcza stopy, a w połączeniu z masażem sprawdza się wręcz idealnie. Powinna być sprzedawana obowiązkowo w komplecie z masażystą i skarpetami frotte :D Muszę ją znowu kupić! :)


8. Tusz do rzęs Catchy Eyes; Gosh (30-45 zł/szt.).
Ten tusz bardzo długo czekał na swoją kolej. Czytałam o nim wiele pozytywnych opinii, a jednocześnie trochę bałam się, że po prostu się zawiodę. I na początku rzeczywiście tak było, bo tusz był dość rzadki i dawał dosyć słaby efekt, jednak jak tylko trochę podsechł, zmienił się nie do poznania. Świetnie pogrubiał i wydłużał rzęsy, a do tego pozwalał na stopniowanie efektu. Aktualnie jest jednym z moich ulubionych tuszy i na pewno będę do niego wracać. Już wróciłam! :)

Aktualnie używam: m.in. ten sam produkt;

9. Kredka do oczu Glimmerstick Cosmic; Avon (cena regularna - 22 zł/szt.).
Zdaje się, że ta kredka była akurat czarna, ale nie zmienia to faktu, że Glimmersticki zużywam ostatnio jak szalona! Pierwsza z tych kredek trafiła do mnie jako upominek od jednej z koleżanek blogerek i od tej pory pokochałam je szczerą miłością. Kupuję je zawsze (i w różnych kolorach), kiedy tylko mam okazję. Świetnie wyglądają na powiekach, dobrze się trzymają i mają przyjemnie rozświetlające drobinki. Regularnie do nich wracam, w różnych wariantach :)

Aktualnie używam: m.in. brązowa kredka do oczu Misslyn;

***
Jeśli chodzi o podsumowanie kwietnia, to by było na tyle. Kolejna część będzie obejmować denka od maja do lipca, więc będę miała z nią dużo więcej roboty, a Wy potem czytania, ale póki co - jak zawsze - dajcie znać czy znacie i lubicie produkty, które dzisiaj opisałam. Jakie macie z nimi doświadczenia? :)
Karotka
Czytaj dalej

czwartek, 17 października 2013

Ulubieńcy września

Cześć Dziewczyny!

Nieee... Tytuł posta to nie pomyłka, naprawdę będziemy dziś podsumowywać ulubieńców września, a nie października, choć do jego końca nie zostało już zbyt wiele czasu. Jak zwykle - rychło w czas - przychodzę z moją uroczą gromadką faworytów z ubiegłego miesiąca :D


Pierwszym, chyba największym, ulubieńcem ubiegłego miesiąca okazała się dla mnie paletka Urban Decay Naked 2. Łączy mnie z nią prawdziwe love-hate relationship i cyklicznie, co jakiś czas albo ją kocham i nie używam nic innego, ale ze złością rzucam ją w kąt na kolejne kilka miesięcy. Nie wiem zupełnie od czego to zależy, ale tym razem przyszła pora na miłość, więc są ulubieńcy :)

W dalszej kolejności - a jakże - lakiery Essie. We wrześniu królowały u mnie jeszcze letnie odcienie, dlatego największe wrażenie wywarły na mnie prezentowane już na blogu The Girls Are Out i Sunday Funday - oba z kolekcji Naughty Nautical. A skoro o lakierach mowa, to nie sposób nie wspomnieć też o świetnym wysuszaczu, czyli Insta-Dri z Sally Hansen. Podejrzewam go o jedną wadę, ale poza tym ma wszystko to, czego czasami brakowało mi w Essie Good To Go (lub często w Seche Vite). Ładnie nabłyszcza lakier, świetnie wspomaga schnięcie lakieru i ma naprawdę bezproblemową aplikację :)

Wśród kolorówki wyróżniłam również mój nieśmiertelny róż z Alverde w kolorze Soft Pink, który w ubiegłym roku dostałam od Sylwii. Są tygodnie, kiedy nie sięgam po nic innego, więc to był prawdziwy strzał w dziesiątkę! Świetny, trwały róż w pięknym kolorze to jest to! :)

We wrześniu wróciłam też do stosowania podkładu Match Perfection z Rimmel, który bardzo dobrze spisuje się na mojej twarzy. Wprawdzie sam zostawia bardzo mokre i błyszczące wykończenie, ale zmatowiony dobrym pudrem (wiecie jaki jest mój faworyt, prawda? ;)) pozwala mu trwać na twarzy długie godziny i to w całkiem niezłym stanie, bez nadmiernej konieczności wykonywania dodatkowych zabiegów matujących.

Czymże byłby jednak makijaż, gdyby nie odpowiednia oprawa oka? :) We wrześniu z uporem maniaka sięgałam po dwa świetne produkty - tusz do rzęs Rimmel Lash Accelerator Endless i paletkę do brwi z Oriflame. Tusz pięknie podkreśla moje rzęsy, nadaje im ładny kolor i jest supertrwały! Natomiast odpowiednie okiełznanie paletki do brwi pozwala mi cieszyć się jako tako podkreślonymi brwiami (kwestia braku odpowiedniego kształtu, a nie braków paletki ;)), a dzięki temu też dobrze wykończonym makijażem ;) Tylko ich kształt mogłyby mieć jeszcze ładniejszy, ale to już nie leży w zakresie obowiązków samej paletki ;))


Nie byłabym sobą, gdybym w ulubieńcach nie wyróżniła produktów z Bath & Body Works. Pewnie już doskonale wiecie, że szaleję za tą marką, więc nie będzie dla Was niespodzianką, że jesień była dla mnie okazją do zmiany dotychczasowych letnich ulubieńców, czyli serii Pink Chiffon, Sweet Pea i Paris Amour, na cieplejsze i bardziej otulające zapachy, czyli serie Dark Kiss i Twilight Woods. Z tej pierwszej jestem mocno napalona na wodę toaletową, bo choć mam mgiełkę i balsam*, to jednak wiem, że zapach wody toaletowej jest jeszcze trwalszy, dłużej wyczuwalny i po prostu nieco mocniejszy. A poza tym lubię te prostokątne buteleczki :) Co do Twilight Woods, to nie ma w tym wyborze żadnej niespodzianki! Uwielbiałam tę serię już rok temu i tak samo uwielbiam ją tej jesieni! Z obawą tylko obserwuję coraz to bardziej opróżniające się buteleczki balsamu* i wody toaletowej ;)

*niekosmetycznie - uwielbiam konsystencję tych balsamów za to, że wystarczy nimi wstrząsnąć, żeby osiadły na ścianach buteleczki i wyglądały na zdjęciach jak pełne, mimo, że nie mam już co najmniej połowy :D


Produkty Pat & Rub przez długi czas darzyłam dość obojętnymi uczuciami. Czytałam Wasze recenzje, obserwowałam z lekkim dystansem cały ten szał i zastanawiałam się o co ten szum, aż w końcu, po udanym doświadczeniu z kosmetykami, otrzymanymi na Igraszkach Kosmetycznych, zdecydowałam się popełnić małe zamówienie na stronie. Wśród kupionych kosmetyków znalazły się dwa balsamy do rąk - jeden z linii otulającej (karmel, wanilia, cytryna) i drugi z linii rewitalizującej (żurawina, cytryna). Nie będę się rozpisywać tu o ich zapachach i właściwościach, bo każdy z nich zasługuje na oddzielną notkę, ale na pewno muszę wspomnieć, że jestem bardzo zadowolona z ich działania na moją skórę i nie żałuję ani jednej wydanej złotówki! Na pewno skuszę się również na inne wersje tych produktów, a póki co odnawiam jeszcze znajomość z wersją Home Spa, której hojną odlewkę miałam kiedyś od Hexx, a który teraz mam również w pełnowymiarowej wersji :)

***

Jak podobają się Wam moi wrześniowi ulubieńcy? Znacie ich? Lubicie któreś z wyróżnionych produktów tak bardzo, jak ja? :)
K.
Czytaj dalej

wtorek, 16 lipca 2013

Majowo-czerwcowe denko :)

Cześć Dziewczyny!

Znowu mnie przez chwilę nie było, ale obiecuję, że już się spinam i powoli wrócę na bloga! Najpierw byłam pochłonięta obroną, a później okazało się, że po obronie miałam tyle innych rzeczy do zrobienia, że odbijanie sobie stresu z ostatnich dni zajęło mi każdą wolną chwilę :) No, ale mam już wolne i dopóki do egzaminów wstępnych jest jeszcze trochę, mogę znowu poświęcić ciut więcej wolnego czasu na bloga! Jednocześnie chciałabym Wam jeszcze raz z całego serca podziękować za trzymanie kciuków za moje pisanie pracy oraz jej obronę! :*

Wracając do tematów stricte blogowych, pora najwyższe nadrobić denkowe zaległości! Przed Wami produkty, które wykończyłam w maju oraz czerwcu wraz z moją krótką opinią na temat każdego z nich :)


W ciągu ostatnich dwóch miesięcy udało mi/nam się zużyć ponad 20 produktów. Dużo i mało, jak na dwa miesiące. Tak naprawdę, większość z nich wykończyliśmy już w czerwcu, bo maj, był wyjątkowo słabym miesiącem do denkowania. Nie wszystkie z wykończonych produktów znalazły się na zdjęciach, ale na szczęście tylko jakieś 2-3 trafiły do kosza, zanim zdążyłam je przechwycić do mojej denkowej torby :)


1. Fiji Passionfruit - żel pod prysznic; Balea (250 ml; ok. 4zł).
2. Brazil Mango - żel pod prysznic; Balea (250 ml; ok. 4 zł).
Bardzo polubiłam się z żelami z Balea! Uwielbiam w nich duży wybór zapachów oraz to, że dobrze oczyszczają moją skórę i nie wysuszają jej przy tym. A do tego są śmiesznie tanie! :) Na pewno co jakiś czas będę do nich wracać w różnych wersjach zapachowych.
 
3. Discover Santrorini - żel pod prysznic; Oriflame (400 ml; ok.10 zł).
O żelach z serii Discover od Oriflame rozpisywałam się już kiedyś TUTAJ. Dotąd nie zmieniłam zdania, choć znudził nam się już trochę wybór zapachów, więc kupujemy je znacznie rzadziej. Podobnie jak żele z Balea, ten z Oriflame dobrze oczyszczał, nie wysuszał i oczywiście przyjemnie pachniał. Mam jeszcze jeden w zapasach, a czy kupię kolejne sztuki? Jeśli będzie okazja, to pewnie tak.
 
Następcy: żel po prysznic Hawaii Pinapple z Balea; żel pod prysznic Aromatherapy Eucalyptus & Spearmint z Bath & Body Works; żel pod prysznic Aromatherapy Vanille & Verbene z Bath & Body Works.
 

4. Sweet Secret - masło do ciała o zapachu szarlotki z bitą śmietaną i cynamonem; Farmona (225 ml; ok. 15zł).
To masło urzekło mnie szczególnie w okresie zimowym i tak naprawdę właśnie wtedy zużyłam jego większość, ale w duchu wykańczania zapasów, postanowiłam, że nie ma sensu trzymać takiej końcóweczki do kolejnej zimy. Moim zdaniem masło bardzo dobrze nawilżało i natłuszczało skórę, więc stosowanie go było naprawdę przyjemne. Produkt nie wchłaniał się przesadnie długo, choć w przypadku bardziej obfitej aplikacji trzeba mu było dać kilka minut. No i oczywiście zapach - czyli największy plus tego produktu! Obłędny, ciepły i otulający zapach najprawdziwszej szarlotki! Jeśli natknę się na ten produkt bliżej kolejnej zimy, to bardzo chętnie powtórzę zakup.
 
Następca: wykańczam resztki masła do ciała Pharmatheiss Granatapfel, a na co dzień stosuję balsamy
 
5. Z Apteczki Babuni - wygładzający peeling do ciała z ekstraktem z bzu; Joanna (300ml; ok. 10-15zł).
Ten produkt to jeden z przyjemniejszych peelingów, jakich ostatnio używałam! Nie dość, że skutecznie ściera martwy naskórek i nie rozpuszcza się pod wpływem wody, to jeszcze przepięknie pachnie najprawdziwszym bzem. Może nie jest to ten sam kaliber co peelingi cukrowe, ale moim zdaniem drobinki zawarte w tym produkcie są wystarczająco ostre, żeby przy regularnych zabiegach poradzić sobie z odpowiednim wygładzeniem ciała. Bardzo go polubiłam i już ponowiłam zakup :)
 
6. Sweet Secret - waniliowy scrub do mycia ciała; Farmona (225 ml; ok.13 zł).
Kolejny bardzo udany produkt od Farmony! Ten peeling przypadł mi do gustu na równi, z opisywanym wyżej peelingiem z Joanny. Bardzo skutecznie wygładzał skórę i ścierał martwy naskórek (chyba nawet mocniej, niż ten z Joanny), a do tego naprawdę przyjemnie pachniał wanilią. Owszem, nieco sztuczną, ale nadal bardzo przyjemną dla nosa. Podobnie jak masło szarlotkowo, świetnie sprawdzał się w okresie zimowym, ale nie wykluczam, że wrócę do niego wcześniej, po wykończeniu kolejnego słoiczka peelingu bzowego z Joanny.
 
Nastęca: peeling bzowy z Joanny.
 
 
7. Push Up - serum ujędrniające do biustu; Lirene (150 ml; ok.15 zł).
Z produktami ujędrniającymi do biustu mam dziwną relację. Nie bardzo wierzę w ich działanie, nie bardzo widzę ich efekty, ale mimo wszystko staram się dość regularnie używać, bo natura (i genetyka) dość hojnie mnie obdarowały i fajnie by było, gdybym na starość nie musiała potykać się o własny biust :P W przypadku tego serum, niestety również nie zaobserwowałam żadnego szczególnego ujędrnienia czy napięcia skóry, choć naprawdę starałam się używać go regularnie. Nie jest to jedyny produkt tego typu, który nie wywarł na mnie wrażenia, więc nie wiem nawet co na ten temat sądzić. Wiem, że u innych dziewczyn się sprawdza, ale ja dotąd nie natknęłam się na żaden specyfik tego typu, który dałby u mnie jakieś zauważalne efekty. Na razie nie planuję powrotu. A może u mnie nie ma co poprawiać? ;))
 
Następca: brak.
 
8. MaXSlim - balsam intensywnie ujędrniający; Lirene (400 ml; ok.12-17 zł).
Ten produkt jest dla mnie zagadką. Mi w sumie średnio przypadł do gustu i w sumie, podobnie jak w przypadku serum do biustu, średnio widzę jego efekty na mojej skórze, a mimo to kupuję kolejne butelki. Mało tego, produkt ten mocno przypadł do gustu mojemu Michałowi, który od dłuższego czasu jest jego stałym użytkownikiem. Bynajmniej nie chodzi o działanie ujędrniające, a raczej o przyjemny cytrusowy zapach, szybkie wchłanianie i niepozostawianie tłustego filmu na skórze. O ile ja używam go tylko w strategicznych miejscach, to Michał smaruje niż całe ciało, więc produkt dość szybko nam się kończy, dlatego... kolejna butla już jest w użyciu! ;)
 
Następca: ten sam produkt.
 
9. Seria C - żel-krem antycellulitowy o podwójnym działaniu; Pharmaceris (150 ml; ok.50zł).
O tym produkcie napisałam odrębną recenzję, do której przeczytania serdecznie Was zapraszam (KLIK). Tutaj wspomnę tylko tyle, że krem-żel bardzo przypadł mi do gustu i wyjątkowo skutecznie i zauważalnie napinał moją skórę, jednocześnie nieco ją wygładzając i zmniejszając widoczność cellulitu. Jeśli trafię na ten produkt w atrakcyjnej promocji, to na pewno chętnie do niego wrócę!

Następca: balsam antycellulitowy Lirene STOP Cellulit.
 

10. Cytrynowy krem do rąk WYGŁADZENIE; Lirene (75 ml; ok.7 zł).
Całkiem skuteczny i przyjemny krem do rąk, który dobrze sprawdził się jako tak zwany "torebkowiec". Moim zdaniem nie poradzi sobie z mocno przesuszoną skórą dłoni, ale do codziennej pielęgnacji będzie jak najbardziej wystarczający. Zadowalająco nawilżał i odrobinę natłuszczał skórę dłoni, ale równocześnie szybko się wchłaniał i nie zostawiał tłustej warstwy, dzięki czemu dobrze sprawdzał się w pracy. Tylko czasami, nie dawał rady przesuszowi spowodowanemu zmasowanym atakiem papieru i konieczna była podwójna aplikacja. Taki przyjemniaczek w korzystnej cenie. Może do niego wrócę, a może wypróbuję inną wersję. Bardziej przypadł mi do gustu krem z czerwonej serii - REGENERACJA.
 
11. Krem do rąk z kwiatem pomarańczy; Isana (100ml; ok.5zł).
Krem z Isany występował u mnie chyba w każdej z ról, najpierw mieszkał w torebce, później przy łóżku w sypialni, później na regale w salonie, aż ostatecznie znowu został zagarnięty do torebki. Mimo wszystko najlepiej sprawdzał się właśnie w domu, ponieważ o ile wchłanianie nie było zbyt uciążliwe, tak tłusta warstwka, pozostawiana na dłoniach już tak. Niby wykorzystałam tę końcówkę w pracy, ale nie był to najlepszy produkt w tym miejscu. Choć dla odmiany z wszelkimi objawamy suchości i szorstkości dłoni radził sobie o niebo lepiej, niż wyżej opisany Lirene. Ta wersja była limitowana, więc pewnie nie jest już nigdzie dostępna, ale i tak nie wróciłabym do niego.
 
Następca: wykańczam miodowy krem regenerujący z Lirene.
 
12. Hydrosense - nawilżająco-wygładzający jedwab do ciała; Oeparol (200ml, ok.15 zł).
No i co ja mam tutaj napisać? W sumie produkt był całkiem przyjemny, miał neutralny zapach, dobrze się wchłaniał i całkiem nieźle nawilżał skórę, ale po prostu nie zapadł mi specjalnie w pamięć. Dostałam, zużyłam, zapomniałam. Po prostu był ok, ale to trochę za mało, żeby do niego wrócić.
 
Następca: u mnie są to przede wszystkim balsamy z Bath & Body Works, w aktualnie używanym wariancie zapachowym.
 

13. Pielęgnacja Młodości - krem matująco-normalizujący; AA (50ml; ok.18-20zł).
Świetny krem do twarzy na dzień, który bardzo mocno przypadł mi do gustu! Nie tak dawna napisałam pełną jego recenzję, którą przeczytacie TUTAJ. Co mogę napisać w skrócie na jego temat? Świetnie matowił moją cerę, dobrze współpracował ze wszystkimi podkładami, nie podrażniał, nie zapychał i nie wysuszał cery! Zdecydowanie jeszcze się spotkamy! :)

Następca: emulsja energizująca Vitaceric Dr Irena Eris.

14. Dwufazowy płyn do demkijażu Awokado; Bielenda (100ml; ok. 6zł).
Wcześniej nie znosiłam dwufazówek, a odkąd wypróbowałam tę z Lirene, a później dwufazy z Bielendy, okazało się, że nagle wszystko mi się poprzestawiało i micele poszły w odstawkę! Zwłaszcza te, które do niczego się nie nadają! ;) Dwufazówka z Bielendy skutecznie sobie radziła z każdym makijażem, nie zostawiała na oczach efektu pandy i zmywała nawet wodoodporne kosmetyki. Zastanawiam się tylko, czy wystarczająco dobrze zmywa azjatyckie kremy BB (macie na ten temat jakieś przemyślenia?). Cenię w niej to, że nie podrażniała mi oczu oraz nie zostawiała tak zwanej mgły! Zdecydowanie do powtórki!

Następca: płyn dwufazowy Bawełna z Bielendy.

15. Żel pod oczy ze świetlikiem i herbatą; Flos Lek (15ml; ok.8zł).
Uwielbiam te żele! Zużyłam już dwie tubki i uważam, że są one totalnym must-have w mojej kosmetyczce! Świetnie koi zmęczone powieki i okolice oczu, a wyjęty prosto z lodówki, momentalnie odświeża spojrzenie i redukuje opuchnięcia! Oczywiście mam już kolejną tubkę! :)

Następca: żel pod oczy ze świetlikiem i aloesem.
 

16. Pianka do mycia rąk Sweet Pea; Bath & Body Works (259ml; od 19 do 29 zł).
Zgodnie uwielbiamy z Michałem ten wariant pianek do mycia rąk z Bath & Body Works i oboje bardzo doceniamy ich delikatność dla skóry. No dobra, Michał nie zwraca na to aż takiej uwagi, ale ja i owszem. W dodatku odkryłam, że po umyciu rąk z użyciem tej pianki nie czuję większej potrzeby stosowania kremu do rąk i często o tym zapominam, natomiast po użyciu zwykłego mydła w kostce bardzo często wybiegam z łazienki jak poparzona, łapiąc pierwszy lepszy krem do rąk ;) Ciąle wracamy do tych pianek! Więcej napisałam w recenzji TUTAJ.
 
Następca: pianka do mycia rąk Aloha Orchid z Bath & Body Works.
 
17. Zmywacz do paznokci z acetonem; Isana (250ml; ok.10zł?).
Nigdy więcej! To moja druga butelka tego zmywacza i o ile na początku całkiem mi odpowiadał, tak teraz koszmarnie przesusza mi paznokcie i zostawia paskudny, trudno zmywalny biały osad na paznokciach i skórze. Nie wiem nawet czy wykończę resztkę odlaną w mniejszą buteleczkę... Jakie zmywacze polecacie?
 
Następca: niestety ten sam produkt, na gwałt szukam czegoś lepszego!
 
18. Pasta do zębów; Himalaya Herbals (ok.12zł/szt.).
Zwykle nie pokazuję tutaj past do zębów, ale ta jest wyjątkowa! Doskonale rozumiem wszelkie zachwyty w blogosferze! Jest delikatna dla zębów i dziąseł, nie podrażnia, a nawet pomaga podleczyć wszelkie ewentualne skaleczenia, czy uszkodzenia (nie wiem, jak to ująć w słowa). Oboje z Michałem zauważyliśmy, że w czasie korzystania z tej pasty w ogóle nie mieliśmy problemów z krwawieniem dziąseł i generalnie nie borykaliśmy się z żadnymi podrażnieniami jamy ustnej (:D). Już mam kolejną tubkę!
 
Następca: ten sam produkt!
 

19. Krem do rąk z masłem shea' L'Occitane.
Pozwolę sobie zostawić moją opinię do czasu recenzji całego koszyczka ;)
 
20. Pomadka ochronna Soft Rose; Nivea (ok.10 zł/szt.)
Bardzo dobra pomadka ochronna, która dobrze nawilżała i natłuszczała moje usta i zabezpieczała je przed czynnikami zewnętrznymi. Nie przypadła mi do gustu tak bardzo, jak wersja Vitamin Shake, ale również ją lubię. Może jeszcze ją kupię.
 
Następca: Nivea Vitamin Shake i inne pomadki ochronne, porozkładane w torebkach i kieszeniach ;)
 
21. Podkład nawilżający Healthy Mix; Bourjois (ok.60zł/op.).
To chyba mój faworyt wśród wszystkich płynnych podkładów, których do tej pory używałam! Zresztą niejednokrotnie wymieniałam go wśród moich kolorówkowych ulubieńców! Mam nadzieję, że nowa wersja podkładu rzeczywiście różni się tylko opakowaniem, bo HM, który właśnie wykończyłam nie tylko bardzo zadowalająco krył (na większe niespodzianki i tak potrzebuję korektora), ale też zostawiał na twarzy ślicznie wykończenie (taki trochę glowy look), które matowiłam zwykle tylko tam gdzie potrzebowałam, czyli w strefie T. Bardzo dobrze trzymał się na mojej twarzy, nie ciemniał, nie robił plam. No po prostu świetny! Mam kolejną buteleczkę, mam nadzieję, że również się sprawdzi! :)
 
Następca: Rimmel Match Perfection.
 
22. Żel pod prysznic z werbeną; L'Occitance
Podobnie, jak w przypadku kremu, swoje wrażenia opiszę zbiorczo w poście "koszyczkowym".


23. Hydrosense - krem nawilżający do skóry mieszanej; Oeparol (50ml; ok.15zł).
Początkowo byłam bardzo zadowolona z tego kremu, bo naprawdę świetnie nawilżał moją cerę i szybko radził sobie z pokatarowymi przesuszeniami na nosie i innymi tego typu przygodami, a później nagle przestał mi wystarczać. Zupełnie nie wiem czemu, skoro wcześniej był ok, ale prawda jest taka, że ostatniej zimy moja twarz chyba zmieniła swoje przyzwyczajenia i przestała traktować nawilżanie jako zło konieczne, a zaczęła doceniać coraz większe jego dawki. Jak wspomniałam, większość kremu zużyłam zimą, dopóki nie zaczął być niewystarczający. Pewnie sprawdziłby się wiosną, bo był lekki i łatwo się wchłaniał, ale zauważyłam, że końcówka kremu zmieniła kolor, więc resztkę postanowiłam wyrzucić.
 
Następca: lekki krem głęboko nawilżający Pharmaceris A.
 
24. Odżywka podkładowa Foundation II; Nail Tek (ok.20zł/szt.).
Jak dla mnie ten produkt to totalna porażka! Nie wiem, czy ja po prostu nie lubię się z Nail Tekami, czy ta formuła nie była odpowiednia dla moich paznokcie, ale po każdym użyciu tej odżywki, miałam wrażenie, że moje paznokcie są w jeszcze gorszym stanie. Miałam 3-4 podejścia do tej odżywki i skończyło się na tym, że połowa leci do kosza! Teraz walczę z formułą III i choć jest trochę lepiej, to nadal nie jestem do końca zadowolona. Na pewno więcej nie wrócę do tej odżywki, bo choć wielu z Was pomaga, to dla mnie jest zwyczajnie koszmarkiem!
 
Następca: duet Nail Tek III
 
***
 
To by było na tyle, jeśli chodzi o moje majowo-czerwcowe zużycia! Poszło całkiem nieźle, ale biorąc pod uwagę niedawno otrzymaną ogromniastą paczkę od Lirene i Under 20, którą pewnie widziałyście na wielu innych blogach (ale u mnie też zobaczycie ;)), chyba i tak jeszcze sporo roboty przede mną w związku z "odgruzowywaniem" szafek z zapasów kosmetycznych :D
 
A jak prezentowały się Wasze zużycia w ostatnim czasie? Czy Wy też macie ochotę ujrzeć w końcu kawałek pustej szafki ;))
K.
Czytaj dalej

poniedziałek, 1 lipca 2013

Ulubieńcy czerwca :)

Cześć Dziewczyny!

Tradycyjnie już, witam Was w nowym miesiącu notką z ulubieńcami! W czerwcu ponownie uzbierałam grupkę produktów, po którą wyjątkowo chętnie sięgałam. W dużej mierze są to powroty do wcześniej używanych produktów, część jest efektem nagłego wybuchu uczucia do kosmetyków, które do tej pory były mi stosunkowo obojętne, no i jest też jedna nowość, którą umieszczam tutaj z lekką obawą. Zresztą zaraz wszystko Wam wyjaśnię! :)


Jak widać, grupka czerwcowych ulubieńców ponownie jest całkiem liczna. Zauważyłam, że jak już uprę się na jakiś produkt, to sięgam po niego niemal codziennie, efektem czego zmiany przychodzą dopiero, jak już się nieco znudzę dotychczas używanym kosmetykiem.


Zacznijmy nietypowo, bo od pielęgnacji, której jak zwykle jest mniej, niż kolorówki. Tym razem króluje marka Bath & Body Works i - sądząc po moich ostatnich owocnych zakupach, o których wkrótce - tak zostanie też w przyszłym miesiącu. Wracając jednak do czerwca - nie wiedzieć czemu  - właśnie teraz, w największe upały, zakochałam się w zapachu Dark Kiss, który jest intensywnie słodki, a jednocześnie nieco ciężkawy i pasowałby bardziej na jesień lub zimę. Tak czy inaczej, ja zakochałam się w nim na nowo właśnie teraz i korzystając z długotrwałego zapachu, pozostawianego przez balsam, w końcu zaczęłam korzystać również z mgiełki w celu zintensyfikowania zapachu. Tak naprawdę dopiero teraz doceniłam prostotę tego rozwiązania, ale o tym również innym razem ;)

Kolejnym świetnym balsamem, który sobie upodobałam w czerwcu, był niemniej popularny Pink Chiffon, również z Bath & Body Works. Sama nie wiem, który z zapachów bardziej mnie w sobie rozkochał, bo po Pink Chiffon sięgałam niemal tak samo chętnie, jak po wspomniany Dark Kiss. Uwielbiam to, jak oba balsamy nawilżają moją skórę i to, jak długo i intensywnie pachną. Wkrótce postaram się o recenzję tych balsamów.

W czerwcu, polubiłam się również z olejkiem z Orientany. Wprawdzie mam go już jakiś czas i kilkukrotnie z niego korzystałam, ale jakoś trudno mi było wyrobić sobie o nim zdanie, tym bardziej, że dotąd nie byłam fanką nacierania całego ciała oliwka. Ostatnio jednak coś mi się odmieniło i olejek o zapachu indyjskiego jaśminu podbił moje serce na tyle, że sięgałam po niego zawsze po kąpieli po fitnessie. Nie tylko świetnie nawilżał skórę, ale też cudownie otulał ją relaksującym i nienachalnym zapachem. Jestem Wam winna jego recenzję, więc mam nadzieję, że wkrótce uda mi się ją napisać.

Maska do stóp Feet Up Rescue z Oriflame to moje stare-nowe odkrycie. Miałam wcześniej tę maskę w starszej wersji i byłam bardzo zadowolona z jej działania, a całkiem niedawno odgrzebałam z zapasów uaktualnione wydanie tego produktu. Maska fantastycznie nawilża i nieco zmiękcza moje problematyczne stopy (mam wiecznie ugniecioną skórę na piętach :P). Jedna sesja masażu z tą maską i stopy są w zauważalnie lepszej kondycji i to nie tylko do czasu pierwszej kąpieli. Efekt utrzymuje się co najmniej kilka dni.

Ostatnim pielęgnacyjnym odkryciem czerwca, była dla mnie pomadka ochronna o zapachu cynamonu z Sylveco. Od razu dementuję informację o zapachu - pomadka wcale a wcale nie pachnie cynamonem, ale fantastycznie nawilża i natłuszcza usta. Zmiękcza je i utrzymuje w dobrej kondycji. Mimo, że nadal lubię się z moją ukochaną Nivea Vitamin Shake, to muszę przyznać, że znalazłam dla niej godnego konkurenta i z pomadkami Sylveco polubię chyba na dłużej.


Przejdźmy teraz do kolorówki, gdzie na pierwszy rzut oka niewiele jest nowości. W czerwcu najczęściej i najchętniej sięgałam po niezawodny róż z Alverde (kolor 04 Soft Pink). Wyciągnęłam też dawno już sprawdzony róż Down Boy z TheBalm, który wraz z rozświetlaczem Mary-Lou Manizer również z TheBalm, tworzy na mojej twarzy jeden z najbardziej zgranych duetów ever. Po wspomniany rozświetlacz sięgam coraz chętniej, ponieważ, jak pewnie wiecie, w końcu znalazłam mój idealny puder matujący, którym jest Maybelline Dream Matte Powder. Tym samym nie straszne mi świecenie! :)


Jeśli chodzi o cienie - nadal sięgałam po sprawdzoną paletkę Oh So Special (swatche KLIK) ze Sleeka, ale w czerwcu wyjątkowo upodobałam sobie również jedną z najstarszym paletek w ofercie Sleeka, czyli Storm (swatche KLIK). Jasny perłowy cień na całą powiekę, matowy brąz w załamaniu i zielony lub granatowy akcent na dolnej powiece i makijaż gotowy! Coś czuję, że w końcu wezmę ją w obroty jak należy, tym bardziej, że mój ukochany cień z OSS nieuchronnie dobija dna (znacie jakiś odpowiednik cienia Gateau?).


Krem BB Dollish od Lioele (wersja zielona), to nowość nie tylko w ulubieńcach, ale również w kosmetyczce. Jestem bardzo zadowolona z efektu, jaki ten bebik daje na buzi, ale zaalarmowana często powtarzającą się informacją o jego właściwościach zapychających, póki co uważnie obserwuję moją cerę i staram się nie wydawać pochopnych wyroków. Nie zmienia to faktu, że zwłaszcza na początku miesiąca, wyjątkowo często sięgałam po ten produkt, stąd jego obecność w ulubieńcach. Obecnie, w związku ze zmianą kremu, odstawiłam produkt ponieważ któryś z nich ewidentnie źle wpływa na moją cerę, dlatego teraz swoją uwagę skupiłam na kremie, ponieważ tego produktu używam przecież codziennie.

W przerwach od stosowania Dollish, sięgałam po podkład Rimmel Match Perfection w odcieniu Classic Ivory. Jestem z niego całkiem zadowolona i uważam go za bardzo przyzwoity produkt. Utrwalony moim ulubionym pudrem, trzyma się na twarzy naprawde nieźle i całkiem długo utrzymuje mat. Ponoszę go jeszcze trochę i postaram się napisać o nim więcej.

Wielokrotnie żaliłam się Wam, że moje paznokcie u rąk są aktualnie w opłakanym stanie, ale na szczęście mam jeszcze pole do popisu na paznokciach u stóp, gdzie przez cały czerwiec raz za razem gościł Essie w kolorze Watermelon (swatche KLIK). Polubiłam ten lakier już w ubiegłym roku, ale dopiero teraz wydał mi się być dokładnie takim kolorem, jaki chciałabym nosić na stopach :)

Tusz One by One w wersji Satin Black, to właściwie żadne zaskoczenie, ponieważ uwielbiam zarówno klasyczną (recenzja KLIK), jak i wodoodporną wersję tego tuszu. Pięknie podkreśla rzęsy i pozwala budować efekt bez większych problemów ze sklejaniem pojedynczych rzęs. Tusze One by One, obok maskary False Lash Effect Fusion z Max Factor (recenzja KLIK), to moje tusze numer jeden! :)

Kredki z Avon, które wyróżniłam, to tradycyjnie już brązowa Glimmerstick Diamonds (Brown Sugar) oraz - wyjątkowo - czarna SuperShock, która okazała się być świetną bazą pod kolorowe cienie z paletki Storm. Z obu jestem zadowolona zarówno pod względem kolorystycznym, jak i w kwestii trwałości. Jedyne co mnie denerwuje, to wydajność kredki SS. Przede mną pierwsze temperowanie - macie jakieś rady jak ją zatemperować, żeby jej nie rozwalić? ;)

Ostatnie dwa produkty, to kolorowe pomadki, po które sięgałam szczególnie chętnie pod koniec miesiąca. W tej kwestii najlepiej sprawdzały się albo słynna 102 z serii Kate dla Rimmel lub moja ulubienica Rock'n'Mauve z serii Rogue Caresse od L'Oreal (swatche KLIK). Pod względem pielęgnacyjnym ta druga jest znacznie lepsza, ale trudno odmówic pomadce Kate uroku. Niespodziewanie, po początkowym zawodzie kolorami z tej kolekcji, stałam się posiadaczką czterech z pięciu dostępnych w Polsce kolorów. No cóż, jak to mówią - tylko krowa nie zmienia zdania :D

***

Znacie moich ulubieńców? Czy są wśród nich również i Wasi faworyci? Dzielcie się linkami do swoich podsumowań w komentarzach! :)
K.
Czytaj dalej

sobota, 6 kwietnia 2013

Lutowo-marcowe denko

Cześć Dziewczyny!

Być może zauważyłyście, że w marcu bardzo mocno ociągałam się z postem denkowym, tak mocno, że ostatecznie postanowiłam połączyć denka z dwóch miesięcy. Bynajmniej nie dlatego, że w lutym było tego mało, o nieee... Nazbierało się tego całkiem sporo, a marzec tylko dopełnił dzieła, bo przez te dwa miesiące zużyłam łącznie 38 produktów!


Wobec powyższego nie chcę Was zbytnio zanudzać długimi opisami produktów, które były już recenzowane, dlatego odeślę Was do gotowych już recenzji tych kosmetyków. A teraz - nie przedłużając - przejdźmy do rzeczy :)


1. Balsam intensywnie ujędrniający MaXSlim; Lirene (500ml; ok.20zł).
Względem tego produktu mam dość mieszane uczucia, bo szczerze powiedziawszy nie zauważyłam większych efektów. Wielokrotnie powtarzam, że sam balsam nie jest w stanie niczego zmienić, no ale cokolwiek, tak na zachętę, naprawdę by nie zaszkodziło ;) Więcej planuję napisać wkrótce w poście, który przybliży Wam nieco trzy produkty z serii MaXSlim. Na razie nie planuję powrotu.

Następca: brak;

2/3. Żel + oliwka pod prysznic mango; Lirene (250ml; ok.8zł).
Jednym słowem - ulubieniec! Więcej w recenzji KLIK. Na pewno do niego wrócę!

Następcy: imbirowy żel pod prysznic The Body Shop; żel pod prysznic Bath & Body Works Twilight Woods; żel pod prysznic żurawina i biała herbata Isana;


4. Szampon do włosów Smooth Relax; Syoss (500ml; ok.10-12zł).
Z tego szamponu więcej korzystał mój chłopak, ale i ja wielokrotnie mu go podkradałam. Obojgu nam przypadł do gustu, nie plątał włosów i ładnie je wygładzał. Włosy mojego chłopaka były bardzo miękkie, pomimo tego, że nie stosuje on żadnych odżywek i po powrocie do sprawdzonego wcześniej szamponu jednoznacznie stwierdził, że ten był o wiele lepszy. W ogóle nagle zrobił się wybredny, jeśli chodzi o szampony, więc to więcej niż pewne, że wrócimy do tej wersji Syoss'a :)

5. Szampon do włosów z aloesem; Equilibra (250ml; ok.20zł).
Świetny szampon! Nie tylko dobrze oczyszczał włosy i skórę głowy, ale i bardzo skutecznie łagodził działanie detergentu (ALS), dzięki wysokiej zawartości aloesu (drugie miejsce w składzie). Najlepiej sprawdzał się w duecie z maską z pięciu alg i masłem shea z Bingo Spa. Mam jeszcze jedną butelkę i z przyjemnością do niego wrócę :)

6. Szampon z aloesem i hibiskusem; Alverde (200ml; ok.2 euro).
Kolejny dobry szampon, który dobrze się u mnie sprawdził, mimo wszystko wolę jednak używać szamponów, które nie zawierają alkoholu tak wysoko w składzie. Mam wrażenie, że przy dłuższym używaniu wzmagają one swędzenie skóry, więc staram się nie używać ich na co dzień, tylko co drugie, trzecie mycie. Poza tym, moim zdaniem ta wersja niewiele się różni od szamponów z Alterry. Dobry, ale niekoniecznie must have. Na razie nie wrócę do niego.

Następca: Nivea 2w1 (jego szampon); Natura Siberica Objętość i Nawilżenie (mój szampon);

7. Kuracja z aloesem i hibiskusem; Alverde (150ml; ok.2 euro).
Świetnie nawilża włosy i sprawia, że są niesamowicie mięciutkie. Bardzo ładnie po niej błyszczą i dość dobrze się układają. Mam ochotę na więcej! :)

Następca: maska z pięcioma algami i masłem shea Bingo Spa;


8. Olejek antycellulitowy brzoza i pomarańcza; Alterra (100ml; ok.18-20zł).
Od tego olejku zaczęłam przygodę z olejowaniem włosów, ale nie stosowałam go tylko w tym celu. Na włosach sprawdzał się dość dobrze, ale tak naprawdę najprzyjemniej sprawował się do masażu i do nawilżania ciała. Uwielbiam jego energetyczny, pomarańczowy zapach! Chętnie bym do niego wróciła, ale mam jeszcze kilka olejków i oliwek, które muszę zużyć, dlatego na razie nie, ale nie mówię mu nigdy! ;)

Następca: olejek z jaśminem z Orientany;

9. Wcierka do włosów i skóry głowy Jantar; Farmona (100ml; ok.10zł).
Bardzo dobra i skuteczna wcierka do skóry głowy. Naprawdę widzę po niej wysyp baby hair i czuję, że łagodzi wszelkie podrażnienia skóry głowy i przynosi mi odczuwalną ulgę, dlatego chętnie ponowiłam ten zakup! :)

Następca: ten sam produkt;


10. Oczyszczający żel peelingujący do mycia twarzy Pielęgnacja Młodości; AA (150ml; ok.15-18zł).
Całkiem dobry produkt, choć ja traktowałam go bardziej jako żel pod prysznic, niż jako peeling, choć przy odrobinie energii dawał radę. Więcej przeczytacie w recenzji KLIK. Nie wrócę do tego produktu, głównie dlatego, że nie przepadam za takimi hybrydami.

Następca: pianka do mycia twarzy z serii Pharmaceris A;

11. Płyn micelarny; Bourjois (250ml; ok.13zł).
Bardzo lubię ten micel i chętnie do niego wracam. Tej butelki używałam wspólnie z mamą, której też  ten produkt przypadł do gustu. Niedługo dodam na jego temat swoje trzy grosze, więc nie będę się teraz zbytnio rozpisywać. Po prostu warto po niego sięgnąć, bo może być świetną i wydajną alternatywną dla Biodermy. Już korzystamy z kolejnej butelki i na pewno będziemy kupować kolejne.
Następca: ten sam produkt;

12. Oczyszczający żel do mycia twarzy; AA Eco (125ml; ok.25zł).
Z tego żelu korzystałam kiedy chciałam potraktować moją twarz łagodnie i nie narażać ją na codzienne tarcie peelingiem (patrz nr. 10). Produkt dobrze oczyszczał i odświeżał twarz, ale obok ogórka, to on niestety nawet nie stał. Niedługo napiszę o nim więcej, bo wiem, że niektóre z Was były go ciekawe. Niestety, nie wrócę do tego produktu z kilku względów, o których wkrótce.

Następca: pianka do mycia twarzy z serii Pharmaceris A;


13. Czyścik Angels on Bare Skin; LUSH (100g; ok.6 funtów/10 euro).
Bardzo fajny i przyjemny czyścik do twarzy, który dobrze oczyszczał i jednocześnie pielęgnował cerę. Na pewno warto poznać ten produkt, ale nie do końca rozumiem, na czym polega jego fenomen. Więcej napisałam w recenzji KLIK. Na razie nie wrócę do niego, bo i nie mam jak, ale nawet w razie możliwości zakupu skuszę się raczej dla odmiany na coś innego.

Następca: pianka oczyszczająca z serii Pharmaceris A;

14. Krem złuszczający z 5% zawartością kwasu migdałowego Sebo-Almond Peel 5%; Pharmaceris T (50ml; 30-40zł).
To był naprawdę świetny krem, który nie dość, że poradził sobie z wysypem podskórnych gul, to jeszcze trzymał moją skórę w ryzach przez większy czas, kiedy go stosowałam. Pod koniec skóra jakby trochę się przyzwyczaiła, a dodatkowo zimą zmieniły się jej potrzeby, dlatego póki co robię sobie od niego przerwę, ale na pewno do niego wrócę! Piekielnie wydajny produkt! Używałam go tylko na noc, prawie codziennie przez pół roku! Więcej napisałam w recenzji KLIK.

Następca: najpierw krem nawilżający dla cery normalnej i mieszanej Oeparol Hydrosense, a obecnie Pharmaceris A lekki krem głęboko nawilżający oraz punktowo Effaclar Duo z La Roche-Posay;

15. Krem przeciwtrądzikowy matująco-normalizujący Sebostatic Dzień; Pharmaceris T (50ml; 30-40zł).
Kolejny świetny produkt z serii T! Świetnie radził sobie z utrzymaniem odpowiedniego nawilżenia skóry, jednocześnie mając lekki wpływ na opóźnienie świecenia się twarzy. Przyznam szczerze, że trochę za nim tęsknię, choć obecnie stosowany krem również jest dobry, to jednak mam wrażenie, że ten odrobinę lepiej trafiał w potrzeby mojej skóry. Więcej napisałam w recenzji KLIK.

Następca: najpierw krem matująco-nawilżający z AA Pielęgnacja Młodości, a obecnie Dr Irena Eris energizujący krem na dzień dla cery tłustej i mieszanej z serii Vitaceric; 

16. Krem pod oczy odżywczo-nawilżający Ultra Odżywianie; AA (15ml; ok.15-20zł).
Pamiętam, że kupiłam ten krem trochę w ciemno, ponieważ Rossman wycofał mój ulubiony krem pod oczy z Alterry. Szukałam wtedy czegoś, co miałoby treściwą, kremową konsystencję i co obiecywało jakieś odżywienie skóry - szczególnie przy stosowaniu na noc. W większości trafiałam na same żele, a w tej kategorii już mam swojego ulubieńca z Flos-Lek, a ten krem z AA wpadł mi w ręce przypadkiem, ale przekonał mnie do siebie prawie od razu. Wprawdzie efekty stosowania nie są jakieś spektakularne, ale podobała mi się zarówno konsystencja, jak i jego delikatne działanie. Nie podrażniał skóry wokół oczu, ani samych oczu, nie tłuścił skóry, ale sprawiał, że była miękka, dobrze nawilżona i przyjemnie napięta. Świetnie sprawdzał się też pod makijaż, a ponadto był szalenie wydajny! Stosowałam go niemal codziennie na noc, czesto również na dzień, aż od czerwca ubiegłego roku!!! Aktualnie mam kilka kremów pod oczy w zapasie, ale  gdyby nie to, to na pewno kupiłabym go jeszcze raz!

Następca: nawilżająco-rozjaśniający krem pod oczy Wrażliwa Natura 20+ od AA;


17. Imbirowe masło do ciała; The Body Shop (50ml; 20zł).
To masło należało do limitowanej świątecznej kolekcji, więc prawdopodobnie nie jest już dostepne, ale mimo to warto o nim wspomnieć. Jeśli chodzi o zapach - wiadomo, nie wszystkim przypadnie do gustu, mi się podobał, ale sięgałam po nie dość nieregularnie, bo na co dzień mnie męczył. Co do właściwości pielęgnacyjnych - było dobrze, ale nie powalająco. Masło dobrze nawilżało skórę, ale miało jak dla mnie zbyt zbitą konsystencję i trzeba było się nieźle nagimnastykować, żeby dobrze je rozprowadzić na ciele, bo dość ciężko się rozsmarowywało. Gdybym nie wypróbowała wcześniej kilku próbek masła z shea, to stwierdziłabym, że ten rodzaj produktów z TBS zupełnie nie jest warty swojej ceny, a tak - sądzę, że wszystko zależy od wersji zapachowej i właściwej jej konsystencji. Nie wróciłabym do tego produktu, nawet gdyby był dostępny w regularnej ofercie.

Następca: wykańczam masło do ciała z granatem Pharmatheiss Granatapfel i szarlotkowe masło do ciała Sweet Secret z Farmony;

18. Peelingujący żel pod prysznic z imbirem; The Body Shop (75ml; brak informacji o cenie).
Przyznam, że liczyłam na to, że ten kosmetyk będzie raczej peelingiem, niż żelem, ale niestety trochę się zawiodłam. Owszem, produkt posiadał drobinki ścierające, ale nie były one na tyle ostra, żeby porządnie złuszczyć martwy naskórek. Dla mnie to był raczej żel z drobinkami masujacymi, który spokojnie można by stosować codziennie. Tym razem zapach był odpowiednio wyważony i kąpiel z tym produktem nie była męcząca i dość chętnie sięgałam po ten żel. Niestety produkt ma jeszcze jedną wadę - jestem świadoma, że to miniaturka, ale nawet jak na miniaturkę produkt skończył się bardzo szybko. Wolę kupić albo żel, albo peeling, dlatego nie kupiłabym tego produktu.

Następca: wykańczam peeling szarlotkowy Sweet Secret z Farmony;


19. Krem regenerujący do stóp z 30% zawartością mocznika; Lirene (100ml; ok.10zł).
Ten krem darzę wyjątkowo mieszanymi uczuciami - z jednej strony doceniam jego działanie, a z drugiej do szału doprowadzają mnie jego wady, sprawiające, że jego stosowanie bywa zwyczajnie upierdliwe. Zamierzam go wkrótce zrecenzować, ponieważ mam jeszcze około połowy drugiej tubki, otrzymanej w ramach współpracy. Szczerze powiedziawszy, nie mam zielonego pojęcia, czy jeszcze go kiedyś kupię, czy może postawię na coś innego.

Następca: ten sam produkt;

20. Krem do rąk RATUNEK z 10% zawartością masła shea; Lirene (50ml; ok.8zł).
Ten krem zasługuje na osobna recenzję, bo moim zdaniem jest naprawdę świetny! Bardzo mi pomógł, kiedy miałam przesuszoną i popękaną od mrozu skórę. Jego zalety docenił również mój M. Na pewno do niego wrócę!

Następca: brak następcy w celach ratunkowych ;)

21. Krem do rąk Kwiat Hibiskusa; L'Occitane (30ml; 29zł).
Ze wszystkich kremów z L'Occitane, jakie miałam okazję dotąd wypróbować, ten był według mnie najlepszy. Bardzo żałuję, że znajdował się w edycji limitowanej, ponieważ cudownie pachniał hibiskusem - bardzo intensywnie i kwiatowo,  a ponadto bardzo dobrze nawilżał skórę. Był dużo lepszy, niż jego młodszy brat z serii Magiczne Kwiaty recenzowany TUTAJ. Niestety nie jest już dostępny.

Następca: wykańczam krem do rąk REGENERACJA z Lirene;


22. Mydło w płynie róża i jogurt - uzupełnienie; Isana (500ml; ok.5zł?).
Przyjemne, dobrze oczyszczające mydełko. Miało ładny zapach i robiło, co miało robić, ale moim zdaniem jest naprawdę słabo wydajne - cały wkład wykorzystaliśmy w ciągu 1,5 miesiąca i bardzo szybko było widać ubytek w butelce z mydłem. Pewnie kupię jeszcze inne warianty, bo jest to tani produkt, ale nie darzę go większymi uczuciami ;)

Następca: aloesowe mydło OnLine;

23. Mydło w piance Sweet Pea; Bath & Body Works (259ml; 29zł).
Nasze ulubione mydełko! Świetnie oczyszcza dłonie, pięknie pachnie i nie wysusza dłoni. Uwielbiam w nim to, że po umyciu rąk bardzo długo czuć zapach. Wprawdzie produkt swoje kosztuje, ale po pierwsze jest w wiecznej promocji za 19-20zł, a po drugie jest naprawdę wydajny. U nas stoi w WC i wystarcza nam zawsze na około 2 miesiące. Ciągle kupujemy ten sam wariant! Pełna recenzja TUTAJ.

Następca: ten sam produkt;

24. Zmywacz do paznokci z acetonem; Isana (250ml; ok.5zł).
Bardzo dobry i naprawdę skuteczny zmywacz paznokci. Nie wysusza szczególnie ani płytki, ani skórek i dobrze sobie radzi ze zmywaniem każdego lakieru. Czego więcej chcieć? Mam już kolejną butelkę.

Następca: ten sam produkt;

25. Antyperspirant w kulce; Dove (50ml; ok.10zł).
Dość dobry antyperspirant. Miał przyjemny zapach i dość dobrze chronił przed poceniem, jednak czasami, kiedy byłam dłużej poza domem, miałam wrażenie, że mi nie wystarcza, dlatego nie wrócę do niego.

Następca: moim zdaniem najlepsze są antyperspiranty z Rexony, teraz mam wersję z aloesem;


26. Tusz do rzęs False Lash Effect Fusion; Max Factor (50zł/szt.).
Jeden z moich ulubionych tuszy do rzęs! Bardzo lubię efekt, jaki daje na moich rzęsach i używam go właściwie na co dzień. Jedyne czego mi w nim brakuje, to możliwości zbudowania mocniejszego efektu, do makijażu wieczorowego. Pełna recenzja TUTAJ. Na pewno jeszcze do niego wrócę.

Następca: tusz do rzęs One by One Satin Black; Hean Maxxi Lash Flexi;

27. Tusz do rzęs Growing Lashes; Wibo (10zł/szt.).
Ten tusz miał być ideałem i faktycznie niewiele mu zabrakło, bo efekt, jaki dawał na rzęsach bardzo mi się podobał, niestety ma jedną cechę która go dyskwalifikuje i raczej do niego nie wrócę. Niedługo postaram się napisać o nim więcej.

Następca: tusz do rzęs One by One Satin Black; Hean Maxxi Lash Flexi;

28. Brązowa kredka do powiek Smooth Definer; Oriflame (22zł bez promocji).
Moja ulubiona kredka po wielu, wielu miesiącach użytkowania w końcu dokończyła żywota. Uwielbiam ją za kolor, który jest ciemnym brązem, zbliżonym do gorzkiej czekolady, ponieważ świetnie podkreślał oczy, nie będąc jednocześnie tak oczywistym i mocnym akcentem, jak czerń. Na pewno jeszcze do niej wrócę!

Następca: brązowa kredka Glimmerstick Diamonds z Avonu, którą dostałam od La Frambuesy;

29. Pomadka ochronna; Oeparol (ok.6zł/szt.).
Dość dobra pomadka ochronna, która dbała o moje usta zimą. Nie mam do niej żadnych zastrzeżeń, choć z pewnością nie powaliła mnie też na kolana i nie rozkochała tak, jak Nivea Vitamin Shake. Po prostu - dobry produkt ochronny na co dzień. Nie wiem, czy jeszcze po nią sięgnę.

Następca: w kieszeni mojej kurtki zadomowiła się teraz pomadka ochronna Noni Care;

30. Odżywka do paznokci Nourish Me; Essie (36zł/szt.).
To moja ukochana odżywka i jednocześnie baza pod lakier! Używałam jej praktycznie za każdym razem, kiedy malowałam paznokcie i wystarczyło mi jej dokładnie na 11 miesięcy! Świetnie dbała o moje paznokcie, a największą różnicę zauważyłam na samym początku, kiedy to właściwie momentalnie przestały się rozdwajać. Później jej moc jakby spadła, ale nadal dość dobrze się sprawowała i zawsze wracałam do niej z podkulonym ogonem, kiedy inne "cud" odżywki okazywały się robić spustoszenie. Na pewno jeszcze do niej wrócę!

Następca: Sally Hansen odżywka Green Tea & Bamboo;


31. Maska z naturalnego jedwabiu z algami filipińskimi i aloesem; Orientana (15zł/szt.).
Bardzo podobało mi się działanie tego produktu. Twarz była wyraźnie nawilżona, ale nie lepiąca. O wadach i zaletach takiej formy maski rozpisywałam się TUTAJ. Być może wrócę do niej raz na jakiś czas w ramach maseczki "bankietowej".

32/33. Maseczka aktywnie oczyszczająca z białą glinką; AA (10ml; ok.5zł).
Z tego produktu nie byłam zbytnio zadowolona. Szczerze powiedziawszy nie zauważyłam zbytnio efektów. Nie wrócę do niej.

34/35. Bibułki matujące; Beauty Formulas (50szt./ok.11zł).
Bibułki kupiłam w dwupaku ponad rok temu, ale na początku używałam ich dość sporadycznie. Dobrze ściągały nadmiar sebum i nie ingerowały zbytnio w makijaż, ale w kryzysowych sytuacjach nie mogło się obejść bez użycia pudru, ponieważ inaczej mat nie trwał zbyt długo. Na razie wypróbuję inne produkty tego typu.

Następca: bibułki matujące z Marion;


36/37. Szampon przeciwłupieżowy ELESTABION T; Flos-Lek (ok.3zł za saszetkę z dwoma porcjami).
Tego szamponu używałam w lutym raz w tygodniu w ramach kuracji. Nie mam raczej problemów z łupieżem, ale moja skóra głowy bywa podrażniona i zdarzają się czasem drobne ranki i podejrzane farfocle ;) Ten szampon całkiem fajnie spisywał się w łagodzeniu podrażnień i okiełznaniu skóry głowy. Ciekawa jestem jak sprawdziłby się stosowany regularnie.

38. Maska nawilżająca; AA (ok.5zł/szt.).
Ta maska niestety również niezbyt przypadła mi do gustu, myślę, że za sprawą parafiny w składzie była dla mnie zbyt tłusta i zamiast nawilżająco, działała raczej natłuszczająco, a tego moja cera zdecydowanie nie potrzebuje.

+ próbka kremu rozświetlającego i odlewka bogatego balsamu do dłoni z Pat&Rub.


No cóż, pewnie nie trzeba być jasnowidzem, żeby stwierdzić, że kwiecień pewnie będzie dość słabym miesiącem, jeśli chodzi o zużycia. Niemniej jednak jestem szalenie dumna z tego, ja dużo kosmetyków udało nam się wykorzystać do dna przez ostatnie dwa miesiące :)

A jak tam Wasze denkowanie? :)
K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast