Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Organic Shop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Organic Shop. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 października 2015

Organic Shop - błotna maska do twarzy Algi i Błoto z Morza Martwego

Dawno, dawno temu obiecywałam Wam słowo pochwalne o jednej z moich ulubionych masek oczyszczających, czyli algowo-błotnej masce z Organic Shop. Dawno już niczego nie recenzowałam, ale mam nadzieję, że nadal mam to we krwi - więc jak? Zaczynamy :)


DZIAŁANIE:
Zacznijmy od razu od najważniejszego - w moim odczuciu maska działa bardzo dobrze. Moja cera nieustannie kwalifikuje się do grupy tych problematycznych, w związku z czym miewam problemy zarówno z błyszczącą się skórą, jak i z wypryskami. Regularne stosowanie masek oczyszczających zawsze pomaga mi trochę okiełznać te najbardziej rzucające się w oczy wady. Po tę maskę lubię sięgać szczególnie wtedy, kiedy wiem, że coś się dzieje... Po jej użyciu, wszelkie wykluwające się - pozwólcie, że użyję eufemizmu problemy, goją się zauważalnie szybciej, a cały proces przebiega łagodniej. Ponadto, czuję, że moja cera jest przy okazji przyjemnie wygładzona. Producent obiecuje zwężenie porów skórnych i rzeczywiście, po użyciu maski skóra wydaje się być bardziej zwarta... No wiecie, tak wizualnie ;)


KONSYSTENCJA I ZAPACH:
Nie utrwaliłam tego na zdjęciach, więc musicie mi uwierzyć na słowo - maska ma zielonkawy odcień, więc w czasie zabiegu wyglądamy trochę, jak ET, ale zaprawionej w boju kosmetoholiczce żadna papka nie jest przecież straszna :) W tym przypadku, całość umila przyjemny zapach maski, który przypomina mi mocno zapach męskich kosmetyków, co w pewnych przypadkach może stanowić dodatkowy bodziec relaksujący ;)


WYDAJNOŚĆ:
I w tym punkcie dostrzegam jedyny mankament tego produktu, ponieważ maska dość szybko się kończy. Wystarczy kilka zabiegów i tubka nadaje się już tylko do wyrzucenia. Myślę, że wystarczyła mi maksymalnie na 10 zabiegów. Z jednej strony mogłaby to być wada produktu, a z drugiej mam to samo ze wszystkimi maskami oczyczającymi, ponieważ staram się nie szczędzić ich mojej skórze.


OPAKOWANIE:
Produkt umieszczono w miękkiej tubce o pojemności 75 ml. Teoretycznie jest to wygodne rozwiązanie, ale uważam, że słoiczek też by nie zaszkodził, ponieważ po rozcięciu tubki spokojnie można by wygrzebać ilość produktu, wystarczającą na dwa kolejne zabiegi, dlatego gorąco zachęcam do pamiętania o tym przed wyrzuceniem kosmetyku! Szkoda wyrzucać pieniądze do kosza! :)

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Nie zawsze łatwo ją kupić, ale powinnyście jej szukać w sklepach internetowych z kosmetykami, sprowadzanymi ze wschodu, np. Kalina. Warto też rozejrzeć się w osiedlowych drogeriach. Ja swoją kupiłam w małej drogeryjce pod Halą Mirowską (poprzednią tubkę kupiłam w nieistniejącym już sklepie internetowym). Prawdopodobnie ze względu na średnią dostępność produktu ceny wahają się od ok.11 zł do mniej więcej 18 zł. 


SKŁAD:
Na koniec jeszcze skład, który przedstawia się naprawdę ciekawie - wprawdzie "woda z ekstraktami" niekoniecznie świadczy o wysokiej zawartości dobrych składników, ale wydaje mi się, że bez względu na ich stężenie, ilość tych dobrych jest całkiem korzystna.

Znacie kosmetyki marki Organic Shop? Czy polubiłyście się z kosmetykami "rosyjskimi" czy może ominął Was ten szał, który ogarnął dłuższy czas temu blogosferę? Ja nie zatrzymałam się na dłużej pry żadnym z tych kosmetyków z wyjątkiem tej właśnie maski, dlatego szczerze liczę na to, że jeszcze uda mi się nie raz upolować :)
K.
Czytaj dalej

czwartek, 19 lutego 2015

Nowości ostatnich miesięcy (październik 2014 - styczeń 2015)

Dawno już nie uzupełniałam postów z nowościami, ale szkoda mi czasu, żeby wszystko to, co przybyło mi od października rozbijać na mniejsze posty. Postanowiłam więc w skrócie pokazać najciekawsze nowości ostatnich miesięcy. Oczywiście nie wszystko to zakupy, bo są tu również prezenty urodzinowe, a także prezenty, które znalazłam pod choinką. Jest też kilka produktów, otrzymanych w ramach współprac. W sumie mogłabym sobie odpuścić ten post, ale wiem, że lubicie je oglądać, a i ja sama chętnie zerkam na zakupy innych blogerek :)


W październiku odwiedziłam Wiedeń, dzięki czemu miałam okazję do zrobienia kolejnych zakupów w LUSH i DM. W tym drugim sklepie nie szalałam, bo nic szczególnego nie było mi potrzebne, ale w LUSH skusiłam się na kolejne opakowanie mojej ulubionej maseczki - Catastrophe Cosmetics (recenzja TUTAJ). Do tego przygarnęłam jeszcze czyścik Herbalism oraz czyścik/peeling Dark Angels. Każdy z tych produktów okazał się wyjątkowo udany i z pewnością w miarę możliwości będę do nich wracać! :)

 

Przy okazji któregoś weekendu typu "Szaleństwo Zakupów" postanowiłam w końcu zapoznać się bliżej z bardzo chwaloną marką Organique. Przygarnęłam słynne czarne mydło (Savon Noir Classic) oraz trzy produkty do pielęgnacji ciała - czekoladowy scrub cukrowy (Chocolate Sugar Peeling), pomarańczową piankę myjącą (Creamy Whip) oraz piankę peelingującą o zapachu Ice Tea (Sugar Whip Peeling). Jestem całkiem zadowolona z zakupów, chętnie korzystam z każdego z produktów, ale mój apetyt na tę markę jest póki co niemal całkowicie zaspokojony. Na ten moment ciekawi mnie jeszcze tylko maska do włosów Argan Shine.


W międzyczasie zdarzyły mi się również większe zakupy "twarzowe". Na pewno znacie tę sytuację, kiedy okazuje się, że wszystkie codziennie używane kosmetyki kończą się w jednym czasie i albo nie macie zapasów, albo to co w nich jest nie odpowiada funkcją temu, czego chciałybyście używać. Mi taka sytuacja przytrafiła się w październiku, czego efektem był zakup matującego kremu nawilżającego Tołpa Strefa T (nie ma szału, oceniam go raczej jako przeciętny kosmetyk), sprawdzonego płynu dwufazowego z Lirene (nie zliczę która to już buteleczka - recenzja TUTAJ) oraz płynu bakteriostatycznego z serii Pharmaceris T. Oprócz tego, w mojej pielęgnacji rozgościły się również szczoteczka soniczna Foreo Luna Mini (recenzja TUTAJ) oraz olejek do twarzy Magic Rose od Evree. O tym ostatnim z pewnością jeszcze przeczytacie, bo okazał się być naprawdę pomocny w pielęgnacji mojej skóry, mimo, że bardzo sceptycznie podchodziłam do stosowania olejku na cerę na pograniczu tłustej. Nic bardziej mylnego! :)



Produkty z serii FitoCell od Seboradin to kolejne kosmetyki, o których za chwilę przeczytacie. Seria przeznaczona jest do włosów potrzebujących odżywienia i wzmocnienia, a oparta jest na roślinnych komórkach macierzystych. Brzmi interesująco, a jak wyszło w praktyce? Do końca tygodnia na pewno o tym przeczytacie! :)


Od pewnego czasu, pomimo dalszej sympatii do marki Essie, coraz rzadziej sięgam po nowe kolory. Choć nowe kolekcje zazwyczaj mi się podobają, to jednak przy takiej ilości lakierów, jaką obecnie posiadam, mało który budzi we mnie chęć posiadania. Mimo wszystko, kostka z czterema kolorami z jesiennej kolekcji Essie Dress To Kilt trafiła w mój gust. Każdy z kolorów jest mocno trafiony, a czerwień nosi mi się tak dobrze, jak żadna inna! :)


Po obfitych październikowych zakupach zaczęłam się mocno ograniczać z kolejnymi zakupami, szczególnie tymi zachciankowymi. Listopad był więc u mnie miesiącem odwyku zakupowego. Jak widać powyżej, może nie był to całkowicie skuteczny zabieg, ale bądź co bądź, z efektów jestem bardzo zadowolona. Kupiłam tylko cztery rzeczy - mikrozłuszczający krem na noc z serii Ziaja Liście Manuka (poprzedni mi się skończył), dwa produkty z Organic Shop - peeling z kawą oraz maseczkę błotną, którą miałam już wcześniej i byłam z niej bardzo, bardzo zadowolona. Dodatkowo skusiłam się również na tzw. skunksa z Real Techniques, czyli typowy pędzel duo-fibre do podkładu. Nie lubię stosować tego typu pędzli zgodnie z przeznaczeniem, ale za to rewelacyjnie sprawdzają się przy aplikacji mocno napigmentowanych różów. Kiedyś miałam taki z Maestro, ale podprowadziła mi go mama ;)


Listopad, to miesiąc moich urodzin, więc wstrzemięźliwość w zakupach osłodziły mi kosmetyczne prezenty. Od Sylwii dostałam przepiękny zestaw z nowo otwartego w Polsce salonu KIKO Milano. Sylwia dobrze mnie zna, bo idealnie trafiła z kolorem zestawu, na który składają się szminka i konturówka z limitowanej serii Luscious Punk w kolorze Fucsia, czyli - nieco wbrew nazwie - amarantowym odcieniu różu.


Prezent od mojej ukochanej Stefci, to kolejne spełnione kosmetyczne marzenie. Pomadka Girl About Town (wykończenie Amplified) z MACa chodziła mi po głowie już od dawna, a Stefcia nie dość, że mi ją sprezentowała, to jeszcze do kompletu dobrała mi idealny odcień konturówki - More To Love. Uroczyście oświadczam, że jest to duet idealny! Kolory są świetnie dobrane, a jakościowo zdecydowanie stoją na najwyższym poziomie! :)


Jeśli chodzi o nowości grudniowe, to również starałam się zbytnio nie szaleć. W Minti Shop kupiłam dawno planowane składane pędzle, które planowałam nosić w kosmetyczce - Real Techniques Retracktable Kabuki Brush oraz Retracktable Bronzer Brush, a także kolejną sztukę mojego ulubionego pędzla do rózu, czyli H24 z Hakuro (recenzja TUTAJ). Stara sztuka nadal ma się świetnie, ale zachciało mi się zgrabnego pędzla, który sprawdzi się do konturowania, H24 po raz kolejny okazał się być ideałem, tym razem nie tylko do różu! :)

W tym miejscu muszę pochwalić Minti Shop oraz dystrybutora pędzli Real Techniques - Sense&Body. Okazało się, że moje pędzle RT przyszły do mnie całkowicie rozklejone, tzn. widać było resztki kleju w miejscach łączenia części, ale najwyraźniej był on bardzo złej jakości. Napisałam reklamację do sklepu, po czym następnego dnia maila z zapewnieniem, że zajmą się tą sprawą, natomiast tuż po weekendzie wysłano do mnie nowe sztuki z prośbą o odesłanie tych wadliwych do dystrybutora z opisem sytuacji. Okazało się, że nowe pędzle otrzymałam później zarówno od sklepu (z miniaturką cienia z palety TheBalm Meet Matt(e)!), jak i dystrybutora. Jestem jednak uczciwa, więc ponownie skontaktowałam się z dystrybutorem (bo w końcu interesy robiłam ze sklepem ;)) w celu odesłania nadprogramowej paczki :) Wielkie brawa zarówno dla Minti Shop, jak i dla Sense&Body za szybką reakcję i sprawne załatwienie sprawy! :)


Jak już wspomniałam, w listopadzie w warszawskiej Arkadii otwarto pierwszy w Polsce salon KIKO Milano. Nie miałam zamiaru robić tam wielkich zakupów, ale był jeden produkt, którego nie mogłam sobie odpuścić, a mianowicie zachwalane cienie z serii Water Eye Shadow! Skusiłam się na przepiękne dwa dzienne odcienie - 227 i 228. I tu nie obyło się bez przygód, ponieważ biorąc cienie z półki pomyliłam jeden numerek i zamiast 227, wzięłam 229. Następnego dnia wróciłam do sklepu w celu wymiany pomylonego koloru, nastawiona, że pewnie nic z tego nie będzie, jednak okazało się, że produkt został bez problemu wymieniony i nikt nie robił mi z tego powodu wyrzutów. Wystarczyło tylko szybkie zerknięcie, że produkt jest nienaruszony, pięć minut na zwrot i "kupno" właściwego odcienia i już było po sprawie! Brawo KIKO! :)


Grudzień i listopad stały u mnie pod znakiem kolorowych mazideł do ust. Co ciekawe, żadnego z nich nie kupiłam sama, ale najwyraźniej opatrzność nade mną czuwa i wie, co lubię najbardziej. Tym sposobem, w grudniu trafiły do mnie kolejne piekności! Tym razem w przesyłce z nowościami od Rimmel otrzymałam pomadki w kredce. Jest to nowa seria Color Rush, a kolory, które otrzymałam, to od najjaśniejszego - Give Me My Cuddle, I Want Candy oraz The Redder, The Better. Każda z nich jest naprawdę udana, a czerwień okazała się być dla mnie idealna! Piękna, intensywna i seksowna, ale w żadnym razie nie wulgarna, a do tego wszystkiego sprawia, że zęby wydają się bielsze! :)


Pozostałe zakupy, to mgiełka do pościeli z serii Aromatherapy Lavender&Vanille z Bath&Body Works (seria ułatwiająca zasypianie) oraz Balmi, czyli balsam do ust w kostce. Tego drugiego miałam w sumie nie kupować, ale przełamałam się i jestem bardzo zadowolona! Słyszałam wiele opinii, że ten produkt wcale nie działa, a tymczasem okazało się, że na moje usta działa lepiej, niż słynny EOS.



Jednym z prezentów świątecznych, który wyciągnęłam spod choinki był zestaw trzech kosmetyków Soap&Glory, które marzyły mi się już od dawna! Ciocia Michała postanowiła mi sprezentować słynny żel pod prysznic Clean On Me, peeling do ciała Sugar Crush oraz masło do ciała The Righteous Butter! Każdy z kosmetyków pachnie cudownie! Cieszę się, że w końcu będę miała możliwość zapoznać się bliżej z kosmetykami tej marki! :)



Mój ukochany świetnie zinterpretował mój "list do Św. Mikołaja", bo z całej długiej listy podpowiedzi wybrał to, o czym najbardziej marzyłam, czyli palety TheBalm Balmsai oraz Nude 'Tude. Ta druga widniała na mojej chciejliście aż od 2012 roku! Michał śmiał się później, że nie był ani trochę przekonany do tego pomysłu, ale postanowił się przełamać, kiedy zobaczył moją reakcję na stand z kosmetykami TheBalm w Douglasie! ;) Zakupy świąteczne zrobił jednak w Minti Shop (jak dobrze, że wskazałam ich w "liście" jako przykładowy sklep internetowy, w którym dostanie TheBalm) i tak się złożyło, że dzięki temu, dostałam kolejną miniaturkę - tym razem cudnego różu w kremie w odcieniu Pie z palety How 'Bout Them Apples.


Co tu dużo gadać, z teściową też nie będę miała źle, bo dostałam od niej kolejną buteleczkę mojego ukochanego zapachu - Roses de Chloé. Uwielbiam ten zapach! W pierwszym flakoniku miałam już tylko kilka kropelek, które oszczędzałam, jak mogłam, więc moment był idealny! :)


Kuzynka Michała również postawiła na prezent kosmetyczny - w związku z czym dostałam od niej zestaw kosmetyków J.S. Douglas Söhne z linii masło shea i witaminy. W środku znalazłam nabłyszczający puder do ciała w przepięknej szklanej buteleczce, która ślicznie prezentuje się na toaletce! Oprócz tego w zestawie znalazły się również perfumy w kremie oraz miniaturka żelu pod prysznic z tej samej linii. Muszę przyznać, że ta seria pachnie absolutnie cudownie! Kobieco, ciepło, nieco otulająco, a jednocześnie świeżo i kwiatowo! Na pewno skuszę się kiedyś na coś jeszcze i pewnie postawię na pełnowymiarowy żel pod prysznic i masło do ciała do kompletu. Mocno ciekawi mnie również wersja lawenda i tymianek! :)


Te lakiery z pewnością widziałyście już na kilku blogach! Wkrótce i ja zaprezentuję serię Miracle Gel od Sally Hansen bliżej. Od stycznia nosiłam już trzy kolory i jestem naprawdę miło zaskoczona ich jakością! Może nazywanie ich hybrydami bez użycia lamp jest trochę na wyrost, ale ponad tydzień na paznokciach, niemal całkowicie bez uszczerbku, to już naprawdę coś! :)


W styczniu znowu mocno ograniczałam swoje zakupowe zapędy i starałam się iść raczej w jakość, niż w ilość. Efektem tego są kolejne zakupy w Minti Shop (królestwo za krówkę! :D). Tym razem przygarnęłam zestaw pędzli do oczu Classic Eye Set od Zoeva, czyli marki, która bije rekordy popularności na blogach. Do tego dorzuciłam kolejną upatrzoną paletkę z TheBalm, czyli Autobalm Hawaii. Paleta zawiera róż, cielisty rozświetlacz/cień oraz dwa ciemniejsze cienie. Taki zestaw jest wprost idealny na wyjazdy - cóż za oszczędność miejsca! :)


Wspominałam już o listopadowym odwyku kosmetycznym - tak się składa, że ta akcja była całkiem zorganizowana, ponieważ moje postanowienie było skutkiem posta u Balbiny Ogryzek, w którym Ania ogłosiła jednocześnie konkurs, w którym udało mi się wygrać bon zniżkowy na produkty Lulu&Boo do wykorzystania w sklepie Costasy. W styczniu podjęłam decyzję, że przeznaczę go na żel z echinaceą i drzewem herbacianym, przeznaczony dla cer problematycznych. To moje pierwsze spotkanie z tą marką, więc tym bardziej było mi miło, kiedy okazało się, że w paczuszce znalazłam również próbki trzech innych produktów! :)


Subskrybowanie newslettera w sklepie internetowym Pat&Rub skutkuje tym przywilejem, że w każde urodziny otrzymujecie kod zniżkowy, obniżający cenę produktów o 20%. Tym razem miałam sobie odpuścić, ale w ostatnich tygodniu obowiązywania mojego kodu pojawiła się dodatkowa promocja, obniżająca ceny kilku produktów o kolejne kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt procent. Tak się złożyło, że a) promocja i kod zniżkowy mogły zostać połączone i b) w promocji znalazły się dwa produkty z linii, którą od dawna chciałam wybróbować. W ten sposób skończyłam z żelem pod prysznic i balsamem do ciała z linii Relaksującej o zapachy trawy cytrynowej i kokosa :)

***
Z nowości, to na razie u mnie tyle! Chyba nie ma tragedii, jak na podsumowanie czterech miesięcy. Jestem bardzo zadowolona z ilości i jakości produktów, które kupuję. Pielęgnację uzupełniam już tylko niemal według potrzeby, a zachcianki staram się po pierwsze - ograniczać, po drugie - dokładnie przemyśleć i po trzecie - nie kupować spontanicznie. Staram się dokonywać zakupu tylko w sytuacji, jeśli nie mogę się pozbyć danego produktu z głowy :)
Oczywiście standardowo czekam na Wasze komentarze - co znacie i lubicie, nad czym się zastanawiacie, a co się u Was nie sprawdziło? :)
Karolina

Czytaj dalej

piątek, 26 września 2014

Kwietniowe denko

Cześć Dziewczyny!

Jak już wspominałam kilka postów temu - w tym roku mianuję się królową blogowych zaległości - wobec czego, żeby po raz kolejny uczcić ten tytuł, przybywam do Was (z planety Nieregularność) z podsumowaniem i krótkimi recenzjami produktów zużytych... w kwietniu :D


Taaak, możecie się śmiać, ale przed Wami jeszcze denka od maja do września, więc ten tego... Przygotujcie się na mnóóóóóstwo czytania, bo nie odpuszczę! ;) Posty denkowe, to tradycja mojego bloga i często są dla mnie świetną okazją, żeby krótko zrecenzować produkty, o których nie warto się rozpisywać w osobnych postach, a jednak warto coś o nich wiedzieć. Czasami są też okazją do przypomnienia o moich ulubieńcach, czy odkryciach. Pomijając powyższe argumenty, kiedy mam wiedzieć lepiej czy produkt się sprawdził, jeśli nie po zużyciu całego opakowania? :))


Wobec powyższego, życzę Wam miłego czytania! Na początek krótkie i nieduże denko kwietniowe, kiedy to zużyłam/liśmy 9 produktów :)


1. Balsam do ciała Intensywna Regeneracja; Lirene (400ml; ok.16-18 zł).
Ten balsam zdecydowanie przypadł do gustu zarówno mi, jak i mojemu facetowi. Bardzo dobrze sprawdzał się jako codzienny nawilżacz. Nie zostawiał tłustej warstwy, ale jednocześnie dawał poczucie dobrze odżywionej skóry. Pełną recenzję znajdziecie TUTAJ. Myślę, że jeszcze nie raz będziemy wracać do tego produktu.

Aktualnie używam: Lirene Youngy balsam z jabłkiem;

2. Pianka do mycia rąk Sea Island Cotton; Bath & Body Works (259 ml; cena regularna 29 zł).
Z pewnością stałe czytelniczki mojego bloga wiedzą, że bardzo lubię pianki z BBW i goszczą one regularnie w mojej łazience. Nie wysuszają moich dłoni, dobrze ją oczyszczają, a do tego przyjemnie pachną. Najchętniej zaopatruję się w nie podczas wyprzedaży, dzięki czemu płacę za nie często ok.10-15 zł. Oczywiście mam zrobiony zapas :) Recenzję innego wariantu zapachowego znajdziecie TUTAJ.

Aktualnie używam: Bath & Body Works pianka do mycia rąk Dancing Waters;


3. Woda termalna; Uriage (150 ml; ok. 15 zł).
Ten produkt zna i chwali dobre pół blogosfery - i bardzo słusznie! Ja również jestem zachwycona tą wodą termalną i właściwie to dzięki niej polubiłam tego rodzaju produkty i na stałe włączyłam je do pielęgnacji. Jej działanie trudno opisać w kilku słowach, bo i trudno jest je w ogóle w słowa ująć, dlatego odsyłam Was do pełnej recenzji TUTAJ :) Już mam jedną buteleczkę w zapasie!

Aktualnie używam: woda termalna z Avene;

4. Błotna maska oczyszczająca z algami; Organic Shop (75 ml; 16,90 zł).
Po tę maskę sięgnęłam z ciekawości i poniekąd w ramach urozmaicenia swojej pielęgnacji. Zwykle sięgam po maski oczyszczające z glinkami, a tym razem sięgnęłam po wersję błotną, która sprawdziła się równie dobrze. Generalnie byłam zadowolona i chętnie do niej wrócę, a ponieważ chcę Wam napisać o niej trochę więcej, to w tej chwili nie będę pisać więcej, niż to, że po prostu warto ją wypróbować :)

Aktualnie używam: oczyszczająca maska błotna z Himalaya Herbals;


5. Antyperspirant w kulce Clear Diamond; Rexona (50 ml; ok.10 zł).
Jeśli chodzi o antyperspiranty, to Rexona sprawdza się u mnie zdecydowanie najlepiej i to właśnie po tę markę sięgam najczęściej i najchętniej. Po prostu najskuteczniej chroni mnie przed nieprzyjemnym zapachem i nieestetycznymi plamami. Co tu więcej tłumaczyć... Wracam do niej regularnie i ta wersja nie różniła się szczególnie od innych Rexon, których dotychczas używałam :)

Aktualnie używam: antyperspirant w kulce Aloe Vera z Rexony;

6. Suchy szampon Wild; Batiste (50 ml; ok.8zł, ten wariant dostępny tylko w zestawie trzech miniaturek za 19,90 zł).
Suche szampony z Batiste, to mój absolutny must have. Mam spory zapas, który stale jest uzupełniany, zarówno jeśli chodzi o wersje mini, jak i pełny wymiar. Batiste świetnie odświeżają włosy i regularnie ratują mnie w sytuacjach podbramkowych. Więcej znajdziecie TU.

Aktualnie używam: suchy szampon Batiste z l-argininą;

7. Regenerująca maseczka do stóp Feet Up Advanced; Oriflame (100 ml; cena regularna 25,90 zł).
Uwielbiam tę maskę! Tak po prostu! Rewelacyjnie nawilża, odżywia i zmiękcza stopy, a w połączeniu z masażem sprawdza się wręcz idealnie. Powinna być sprzedawana obowiązkowo w komplecie z masażystą i skarpetami frotte :D Muszę ją znowu kupić! :)


8. Tusz do rzęs Catchy Eyes; Gosh (30-45 zł/szt.).
Ten tusz bardzo długo czekał na swoją kolej. Czytałam o nim wiele pozytywnych opinii, a jednocześnie trochę bałam się, że po prostu się zawiodę. I na początku rzeczywiście tak było, bo tusz był dość rzadki i dawał dosyć słaby efekt, jednak jak tylko trochę podsechł, zmienił się nie do poznania. Świetnie pogrubiał i wydłużał rzęsy, a do tego pozwalał na stopniowanie efektu. Aktualnie jest jednym z moich ulubionych tuszy i na pewno będę do niego wracać. Już wróciłam! :)

Aktualnie używam: m.in. ten sam produkt;

9. Kredka do oczu Glimmerstick Cosmic; Avon (cena regularna - 22 zł/szt.).
Zdaje się, że ta kredka była akurat czarna, ale nie zmienia to faktu, że Glimmersticki zużywam ostatnio jak szalona! Pierwsza z tych kredek trafiła do mnie jako upominek od jednej z koleżanek blogerek i od tej pory pokochałam je szczerą miłością. Kupuję je zawsze (i w różnych kolorach), kiedy tylko mam okazję. Świetnie wyglądają na powiekach, dobrze się trzymają i mają przyjemnie rozświetlające drobinki. Regularnie do nich wracam, w różnych wariantach :)

Aktualnie używam: m.in. brązowa kredka do oczu Misslyn;

***
Jeśli chodzi o podsumowanie kwietnia, to by było na tyle. Kolejna część będzie obejmować denka od maja do lipca, więc będę miała z nią dużo więcej roboty, a Wy potem czytania, ale póki co - jak zawsze - dajcie znać czy znacie i lubicie produkty, które dzisiaj opisałam. Jakie macie z nimi doświadczenia? :)
Karotka
Czytaj dalej

niedziela, 10 listopada 2013

Wrześniowe nowości

Cześć Dziewczyny!

Postanowiłam w końcu uzupełnić zaległości z pokazywaniu nowości i zanim przejdę do październikowej lawiny nowości, pokażę Wam gromadkę kosmetyków, które zasiliły moją kosmetyczkę jeszcze we wrześniu! Część z nich zdążyłam zużyć, a jeden nawet zrecenzować, dlatego, żeby zachować chronologię wydarzeń, najpierw pokażę nowości z obu miesięcy, a za kilka dni pokażę Wam co mi przez te dwa miesiące ubyło - oczywiście jak zwykle wraz z minirecenzjami! :)


Po pierwsze, w moje ręce wpadło kilka niemieckich dobroci z DM, a wszystko to, dzięki Sylwii, która zrobiła mi te zakupy, będąc na wakacyjnym wyjeździe na Słowacji!

W moje ręce wpadły następujące produkty: olejek arganowo-migdałowy do włosów Alverde, maska do włosów z morelą i cytryną oraz druga z awokado i ekstraktem z winogron, trzy żele Balea w wersji wiśniowej, mango oraz kokosowo-nektarynkowej, lakier She Stylezone nr 230, róż Alverde 03 Pretty Terra oraz korektor Alverde Cream to Powder w kolorze 20 Ivory.


Skusiłam się również na zakupy z darmową dostawą w sklepie Kokardi. Liczyłam na nieco większy wybór kosmetyków, ale niestety trafiłam na moment, kiedy spora część produktów była wyprzedana, choć i tak było z czego wybierać. Uzupełniając niektóre braki w kosmetyczce zdecydowałam się na kilka nowości - oczyszczającą błotną maskę z algami z Organic Shop, maskę regenerującą z efektem laminowania z awokado i mango z Love2Mix Organic, serum ściągające pory z Organic Therapy, złoty scrub do twarzy z Organic Therapy, płyn dwufazowy do demakijażu z Balea oraz pomadkę ochronną waniliowo-mandarynkową z Alverde :)


Po raz pierwszy skusiłam się też na zamówienie ze strony Pat&Rub. Skorzystałam z rabatu na serię rewitalizującą z żurawiną i cytryną i wybrałam masło, scrub do ciała oraz balsam do rąk z tej serii, a także balsam do rąk z serii otulającej, który recenzowałam już kilka dni temu (KLIK). O pozostałych produktach też zamierzam napisać w osobnych recenzjach dlatego nie będę Wam zdradzać zbyt wiele poza tym, że w większości moje wrażenia są bardzo pozytywne :)


Multifunkcyjny balsam do ciała z serii BB od AA, to zakup kierowany głównie do mojego faceta i to on najwięcej korzystał z tego produktu, choć nie omieszkałam mu go podkradać! Jeśli jesteście ciekawe opinii o tym produkcie, to myślę, że damy radę razem coś na temat napisać :)

Odtłuszczacz do płytki paznokcia od Sensique, to zakup trochę z ciekawości. Tyle się nasłuchałam i naczytałam, że zmywacz to nie wszystko, że trzeba jeszcze mocniej przygotować paznokcie do malowania. No i kupiłam. Na razie nie mam zdania.

Będąc w Naturze wrzuciłam od razu do koszyka jedwab z Green Pharmacy, o którym już dawno słyszałam mnóstwo pochlebnych opinii. Od kilku tygodni, to właśnie nim zabezpieczam końcówki po myciu włosów i póki co mam dobre wrażenia. Planuję od dawna zrobić zbiorczy post o jedwabiach, ale ciągle wpada mi w ręce coś nowego. Obiecuję, że już wkrótce wezmę się w garść i napiszę w końcu które z produktów tego rodzaju sprawdziły się u mnie najlepiej! :) 


Korzystając z tego, że dotarłam do Natury, kiedy wchodziła nowa limitowanka Essence skusiłam się na róż Floral Grunge. W sumie trochę uległam chciejstwu i jeszcze nie wiem, czy go sobie zostawię. To chyba nie jest do końca mój kolor, albo może pora roku nie jest właściwa. Jeszcze się nad tym zastanowię.

Przez ostatnie tygodnie właściwie co chwilę była jakaś okazja, żeby kupić cienie w kremie Maybelline Colour Tattoo w znacznie obniżonej cenie, bo aż -40%. Oczywiście ja też skorzystałam z tej okazji i skusiłam się na dwa najpopularniejsze kolory - Permanent Taupe oraz On And On Bronze . Ten drugi od razu trafił do grona moich ulubieńców, natomiast nad pierwszym muszę trochę popracować i znaleźć na niego sposób.


Oczywiście moje zakupy nie mogłyby być udane, gdyby nie wpadły mi w ręce nowe buteleczki Essie! Tym razem szeregi mojej małej armii zasiliły kolory (od góry) cudny róż Nice Package z kolekcji Resort 2013 (kolor dostępny jedynie w wersji profesjonalnej), piękna śliwka Recessionista z ubiegłorocznej kolekcji jesiennej Stylenomics, błękit z drobinkami Rock The Boat z kolekcji Naughty Nautical oraz jako gratis otrzymałam wybrany kolor, czyli California Coral, który kojarzę przede wszystkim z filmików Nissiax83 :)


Ponadto, w ramach współpracy z marką Rimmel, otrzymałam nowości marki, czyli eyeliner i tusz z serii Scandaleyes Retro Glam. Maskara jeszcze czeka na swoją kolej, ponieważ właśnie wykańczam jej brata Lash Accelerator Endless, o którym wkrótce napiszę, ale o linerze mniej więcej mam już zdanie, więc zostało mi tylko przygotować zdjęcia! Jeśli tylko dobrze rozplanuję sobie czas, to obie recenzje powinnyście przeczytać jeszcze w tym miesiącu :)

***
Także tego :D W końcu udało mi się przedstawić Wam moje wrześniowe nowości, teraz zabieram się za te październikowe i wrześniowo-październikowe denka i wyjdę na prostą z zaległościami :D
Jeśli znacie któreś z moich nowości lub chciałybyście poznać moją opinię o nim, to dajcie znać w komentarzach! :)
K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast