Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Flos-Lek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Flos-Lek. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 listopada 2014

Przegląd kosmetyków o zapachu róży

Cześć Dziewczyny!
W ostatnim czasie mam manię na sięganie po kosmetyki pielęgnacyjne o jednym zapachu. Co kilka miesięcy zmienia mi się faworyt i na przykład w wakacje najchętniej sięgałam po kosmetyki, które pachniały mango, natomiast wczesną jesienią moją łazienkę zdominował zapach róży i właśnie o kosmetykach pachnących różami chciałabym dzisiaj napisać kilka słów :)


***


Różana seria Barwy Harmonii od Barwy była moją inspiracją do napisania tego posta, ponieważ rok temu, w paczce od marki znalazłam również odlewki tych produktów, jeszcze przed ich premierą na rynku. Te spodobały mi się na tyle, że jakiś czas temu postanowiłam kupić sobie pełnowymiarowe opakowania wszystkich trzech kosmetyków, czyli olejku pod prysznic, masła do ciała i mydełka.

Każdy z kosmetyków niesamowicie wiernie oddaje aromat prawdziwej róży prosto z ogrodu i przyznam, że to był główny powód, dla którego uległam tej zachciance. Właściwości kosmetyków są na optymalnym poziomie - posiadaczki skóry normalnej na pewno będą zadowolone z nawilżenia i odżywienia, jakie oferuje masełko, a także nie będą narzekać na przesuszenia po kąpieli z olejkiem (ja używam go zamiast żelu pod prysznic - niestety nie mam wanny, żeby przetestować inną opcję ;)). Jeśli zaś chodzi o mydełko, to wydaje mi się być ono całkiem delikatne. Ja myję nim tylko ręce i tu z pewnością się sprawdza, ale mój facet stosuje je również do codziennego oczyszczania twarzy i z tego, co widzę - nie boryka się ani z przesuszeniami, ani z wypryskami.


Innym różanym kosmetykiem, który zawładnął ostatnio moją kosmetyczką, jest błyszczyk marki Pat&Rub. Przez długi czas darzyłam błyszczyki bardzo chłodnym uczuciem i starałam się raczej omijać je z daleka, ale ten był jednym z dwóch produktów z tej kategorii, które na powrót przekonały mnie, że warto mieć tego typu kosmetyk pod ręką.
 
Sam błyszczyk pachnie jak różana konfitura w pączkach, ale nie jest to jego jedyną zaletą! Nosząc ten produkt na ustach mam wrażenie, że skóra jest dobrze nawilżona i odżywiona, a wszelkie ewentualne suche skórki zmiękczone. Co ważne, uczucie to utrzymuje się również po tym jak zjemy większość produktu z ust :) Kosmetyk odrobinkę się lepi, ale nie jest to wyjątkowo uciążliwe i zdecydowanie mieści się to w mojej normie - w zasadzie mam nawet wrażenie, że produkt jest na ustach nieco wodnisty, a mimo to całkiem długo się utrzymuje. W różanej gamie Pat&Rub znajdziecie również peeling do ust oraz balsam w słoiczku - te dwa kosmetyki mam akurat w wersji pomarańczowej, ale spokojnie mogę Wam je polecić jeśli lubicie takie gadżety o dobrym składzie :)


Powyższy kosmetyk jest tu za sprawą małego kłamstewkiem, bo wazeliny z Flos-Leku nie używałam już przed dłuższy czas i końcówka nadaje się już niestety do wyrzucenia, ale pamiętam, że lubiłam używać jej na noc i że bardzo przyjemnie zmiękczała wargi - zresztą - kto nie zna działania wazeliny! Po tę w każdym razie warto sięgnąć, bo również bardzo przyjemnie pachnie różą, choć jest to już woń nieco podszyta chemicznym zapaszkiem, ale jednak nadal przyjemna.


Krem do rąk z Gracji (czyli Miraculum), to kolejny produkt, w którym producent chciał oddać zapach róż. Tutaj jest trochę jak w przypadku wazeliny z Flos-Leku - wiadomo, że dzwoni, ale nie do końca wiadomo w którym kościele, czyli czuć, że kosmetyk miał pachnieć różami, ale nie do końca udało się to oddać ;)
 
Pod względem pielęgnacyjnym to krem, jakich wiele - przyjemnie nawilża skórę, nie tłuści zbyt mocno dłoni i w miarę szybko się wchłania. U mnie stoi w łazience na półce i służy, jako dyżurny krem do rąk. Jeśli będziecie szukać taniego, przyjemnego kremu do rąk, to możecie spróbować. Myślę, że nie będziecie zawiedzione, jeśli nie oczekujecie cudów, tylko doraźnej pielęgnacji dłoni.


Jeśli jeszcze nie znacie tego żelu pod prysznic Różany Ogród z Lirene, to czym prędzej marsz do drogerii! Nie dość, że pięknie i bardzo realistycznie oddaje zapach najprawdziwszej ogrodowej róży, to jeszcze jest duży, tani, wydajny i skuteczny! Dobrze oczyszcza skórę, nie podrażnia i nie wysusza jej, a kąpiel w jego towarzystwie jest wyjątkowo przyjemnym rytuałem! Życzyłabym sobie jedynie od marki więcej kosmetyków o tym zapachu - szczególnie balsam i krem do rąk! :)


Woda toaletowa Roses de Chloé była moim marzeniem odkąd pierwszy raz powąchałam ją w którejś z perfumerii. Długo zastanawiałam się nad jej zakupem, spryskiwałam się i odchodziłam, aż w końcu zaszalałam. Obawiałam się, że początkowo - pudrowo-różane nuty szybko przestaną być u mnie wyczuwalne, ale mimo to nie mogłam się oprzeć temu zapachowi. I bardzo dobrze, bo okazało się, że delikatny różany wstęp szybko ewoluował na mojej skórze w stosunkowo mocny i nawet nieco ostrawy zapach, za którym wprost przepadam! Aktualnie wykończyłam już moją pierwszą buteleczkę i cicho liczę na to, że może ktoś zechce mi sprawić prezent na urodziny... A jak nie, to chyba sama sobie go zrobię :)


I znowu małe oszukaństwo, bo powyższy kosmetyk owszem, pachnie różą, ale dziką! Mimo to postanowiłam go umieścić w tym zestawieniu, bo jeśli tylko jesteście fankami olejków, czy oliwek do ciała, to gorąco polecam Wam ten wariant olejku Alverde, czyli mieszankę dzikiej róży i trawy cytrynowej. Pachnie wyjątkowo interesująco - bo mamy tu świeżość i cierpkość trawy cytrynowej, przełamaną nieco mdłym zapachem dzikiej róży - mdłym w dobrym znaczeniu - bo dzięki takiej kombinacji zapach nie jest jednowymiarowy. Tym razem również właściwości pielęgnacyjne stoją na wysokim poziomie, dlatego ja stosuję ten produkt tylko raz na jakiś czas - zwyczajnie nie czuję, żeby moja skóra potrzebowała tak intensywnej pielęgnacji na co dzień. Niemniej jednak polecam, również tzw. sucharkom :)

***
Jak zawsze czekam na Wasze komentarze - czy używałyście któregoś z tych kosmetyków i czy w ogóle lubicie różane zapachy? Jeśli nie, to jaki jest Wasz ulubiony wariant zapachowy i czy macie na jego punkcie fisia na tyle, że raz na jakiś czas otaczać się nim w każdej możliwej formie? :)
 
A może znacie jeszcze inne kosmetyki różane, których nie znam lub o których zapomniałam? :)
Karotka
 
P.S. Bardzo, bardzo, bardzo mi miło, że w końcu zobaczyłam upragniony tysiąc w gadżecie obserwatorów! I to tuż przed trzecimi urodzinami bloga - zrobiłyście mi wcześniejszy prezent, a ja niedługo obdaruję kilkanaście z Was. Jeśli więc macie ochotę na konkurs, to zerkajcie na blog i blogowego facebooka, bo już wkrótce ruszamy ze świętowaniem! :)
 
Dziękuję!
K.
Czytaj dalej

wtorek, 16 lipca 2013

Majowo-czerwcowe denko :)

Cześć Dziewczyny!

Znowu mnie przez chwilę nie było, ale obiecuję, że już się spinam i powoli wrócę na bloga! Najpierw byłam pochłonięta obroną, a później okazało się, że po obronie miałam tyle innych rzeczy do zrobienia, że odbijanie sobie stresu z ostatnich dni zajęło mi każdą wolną chwilę :) No, ale mam już wolne i dopóki do egzaminów wstępnych jest jeszcze trochę, mogę znowu poświęcić ciut więcej wolnego czasu na bloga! Jednocześnie chciałabym Wam jeszcze raz z całego serca podziękować za trzymanie kciuków za moje pisanie pracy oraz jej obronę! :*

Wracając do tematów stricte blogowych, pora najwyższe nadrobić denkowe zaległości! Przed Wami produkty, które wykończyłam w maju oraz czerwcu wraz z moją krótką opinią na temat każdego z nich :)


W ciągu ostatnich dwóch miesięcy udało mi/nam się zużyć ponad 20 produktów. Dużo i mało, jak na dwa miesiące. Tak naprawdę, większość z nich wykończyliśmy już w czerwcu, bo maj, był wyjątkowo słabym miesiącem do denkowania. Nie wszystkie z wykończonych produktów znalazły się na zdjęciach, ale na szczęście tylko jakieś 2-3 trafiły do kosza, zanim zdążyłam je przechwycić do mojej denkowej torby :)


1. Fiji Passionfruit - żel pod prysznic; Balea (250 ml; ok. 4zł).
2. Brazil Mango - żel pod prysznic; Balea (250 ml; ok. 4 zł).
Bardzo polubiłam się z żelami z Balea! Uwielbiam w nich duży wybór zapachów oraz to, że dobrze oczyszczają moją skórę i nie wysuszają jej przy tym. A do tego są śmiesznie tanie! :) Na pewno co jakiś czas będę do nich wracać w różnych wersjach zapachowych.
 
3. Discover Santrorini - żel pod prysznic; Oriflame (400 ml; ok.10 zł).
O żelach z serii Discover od Oriflame rozpisywałam się już kiedyś TUTAJ. Dotąd nie zmieniłam zdania, choć znudził nam się już trochę wybór zapachów, więc kupujemy je znacznie rzadziej. Podobnie jak żele z Balea, ten z Oriflame dobrze oczyszczał, nie wysuszał i oczywiście przyjemnie pachniał. Mam jeszcze jeden w zapasach, a czy kupię kolejne sztuki? Jeśli będzie okazja, to pewnie tak.
 
Następcy: żel po prysznic Hawaii Pinapple z Balea; żel pod prysznic Aromatherapy Eucalyptus & Spearmint z Bath & Body Works; żel pod prysznic Aromatherapy Vanille & Verbene z Bath & Body Works.
 

4. Sweet Secret - masło do ciała o zapachu szarlotki z bitą śmietaną i cynamonem; Farmona (225 ml; ok. 15zł).
To masło urzekło mnie szczególnie w okresie zimowym i tak naprawdę właśnie wtedy zużyłam jego większość, ale w duchu wykańczania zapasów, postanowiłam, że nie ma sensu trzymać takiej końcóweczki do kolejnej zimy. Moim zdaniem masło bardzo dobrze nawilżało i natłuszczało skórę, więc stosowanie go było naprawdę przyjemne. Produkt nie wchłaniał się przesadnie długo, choć w przypadku bardziej obfitej aplikacji trzeba mu było dać kilka minut. No i oczywiście zapach - czyli największy plus tego produktu! Obłędny, ciepły i otulający zapach najprawdziwszej szarlotki! Jeśli natknę się na ten produkt bliżej kolejnej zimy, to bardzo chętnie powtórzę zakup.
 
Następca: wykańczam resztki masła do ciała Pharmatheiss Granatapfel, a na co dzień stosuję balsamy
 
5. Z Apteczki Babuni - wygładzający peeling do ciała z ekstraktem z bzu; Joanna (300ml; ok. 10-15zł).
Ten produkt to jeden z przyjemniejszych peelingów, jakich ostatnio używałam! Nie dość, że skutecznie ściera martwy naskórek i nie rozpuszcza się pod wpływem wody, to jeszcze przepięknie pachnie najprawdziwszym bzem. Może nie jest to ten sam kaliber co peelingi cukrowe, ale moim zdaniem drobinki zawarte w tym produkcie są wystarczająco ostre, żeby przy regularnych zabiegach poradzić sobie z odpowiednim wygładzeniem ciała. Bardzo go polubiłam i już ponowiłam zakup :)
 
6. Sweet Secret - waniliowy scrub do mycia ciała; Farmona (225 ml; ok.13 zł).
Kolejny bardzo udany produkt od Farmony! Ten peeling przypadł mi do gustu na równi, z opisywanym wyżej peelingiem z Joanny. Bardzo skutecznie wygładzał skórę i ścierał martwy naskórek (chyba nawet mocniej, niż ten z Joanny), a do tego naprawdę przyjemnie pachniał wanilią. Owszem, nieco sztuczną, ale nadal bardzo przyjemną dla nosa. Podobnie jak masło szarlotkowo, świetnie sprawdzał się w okresie zimowym, ale nie wykluczam, że wrócę do niego wcześniej, po wykończeniu kolejnego słoiczka peelingu bzowego z Joanny.
 
Nastęca: peeling bzowy z Joanny.
 
 
7. Push Up - serum ujędrniające do biustu; Lirene (150 ml; ok.15 zł).
Z produktami ujędrniającymi do biustu mam dziwną relację. Nie bardzo wierzę w ich działanie, nie bardzo widzę ich efekty, ale mimo wszystko staram się dość regularnie używać, bo natura (i genetyka) dość hojnie mnie obdarowały i fajnie by było, gdybym na starość nie musiała potykać się o własny biust :P W przypadku tego serum, niestety również nie zaobserwowałam żadnego szczególnego ujędrnienia czy napięcia skóry, choć naprawdę starałam się używać go regularnie. Nie jest to jedyny produkt tego typu, który nie wywarł na mnie wrażenia, więc nie wiem nawet co na ten temat sądzić. Wiem, że u innych dziewczyn się sprawdza, ale ja dotąd nie natknęłam się na żaden specyfik tego typu, który dałby u mnie jakieś zauważalne efekty. Na razie nie planuję powrotu. A może u mnie nie ma co poprawiać? ;))
 
Następca: brak.
 
8. MaXSlim - balsam intensywnie ujędrniający; Lirene (400 ml; ok.12-17 zł).
Ten produkt jest dla mnie zagadką. Mi w sumie średnio przypadł do gustu i w sumie, podobnie jak w przypadku serum do biustu, średnio widzę jego efekty na mojej skórze, a mimo to kupuję kolejne butelki. Mało tego, produkt ten mocno przypadł do gustu mojemu Michałowi, który od dłuższego czasu jest jego stałym użytkownikiem. Bynajmniej nie chodzi o działanie ujędrniające, a raczej o przyjemny cytrusowy zapach, szybkie wchłanianie i niepozostawianie tłustego filmu na skórze. O ile ja używam go tylko w strategicznych miejscach, to Michał smaruje niż całe ciało, więc produkt dość szybko nam się kończy, dlatego... kolejna butla już jest w użyciu! ;)
 
Następca: ten sam produkt.
 
9. Seria C - żel-krem antycellulitowy o podwójnym działaniu; Pharmaceris (150 ml; ok.50zł).
O tym produkcie napisałam odrębną recenzję, do której przeczytania serdecznie Was zapraszam (KLIK). Tutaj wspomnę tylko tyle, że krem-żel bardzo przypadł mi do gustu i wyjątkowo skutecznie i zauważalnie napinał moją skórę, jednocześnie nieco ją wygładzając i zmniejszając widoczność cellulitu. Jeśli trafię na ten produkt w atrakcyjnej promocji, to na pewno chętnie do niego wrócę!

Następca: balsam antycellulitowy Lirene STOP Cellulit.
 

10. Cytrynowy krem do rąk WYGŁADZENIE; Lirene (75 ml; ok.7 zł).
Całkiem skuteczny i przyjemny krem do rąk, który dobrze sprawdził się jako tak zwany "torebkowiec". Moim zdaniem nie poradzi sobie z mocno przesuszoną skórą dłoni, ale do codziennej pielęgnacji będzie jak najbardziej wystarczający. Zadowalająco nawilżał i odrobinę natłuszczał skórę dłoni, ale równocześnie szybko się wchłaniał i nie zostawiał tłustej warstwy, dzięki czemu dobrze sprawdzał się w pracy. Tylko czasami, nie dawał rady przesuszowi spowodowanemu zmasowanym atakiem papieru i konieczna była podwójna aplikacja. Taki przyjemniaczek w korzystnej cenie. Może do niego wrócę, a może wypróbuję inną wersję. Bardziej przypadł mi do gustu krem z czerwonej serii - REGENERACJA.
 
11. Krem do rąk z kwiatem pomarańczy; Isana (100ml; ok.5zł).
Krem z Isany występował u mnie chyba w każdej z ról, najpierw mieszkał w torebce, później przy łóżku w sypialni, później na regale w salonie, aż ostatecznie znowu został zagarnięty do torebki. Mimo wszystko najlepiej sprawdzał się właśnie w domu, ponieważ o ile wchłanianie nie było zbyt uciążliwe, tak tłusta warstwka, pozostawiana na dłoniach już tak. Niby wykorzystałam tę końcówkę w pracy, ale nie był to najlepszy produkt w tym miejscu. Choć dla odmiany z wszelkimi objawamy suchości i szorstkości dłoni radził sobie o niebo lepiej, niż wyżej opisany Lirene. Ta wersja była limitowana, więc pewnie nie jest już nigdzie dostępna, ale i tak nie wróciłabym do niego.
 
Następca: wykańczam miodowy krem regenerujący z Lirene.
 
12. Hydrosense - nawilżająco-wygładzający jedwab do ciała; Oeparol (200ml, ok.15 zł).
No i co ja mam tutaj napisać? W sumie produkt był całkiem przyjemny, miał neutralny zapach, dobrze się wchłaniał i całkiem nieźle nawilżał skórę, ale po prostu nie zapadł mi specjalnie w pamięć. Dostałam, zużyłam, zapomniałam. Po prostu był ok, ale to trochę za mało, żeby do niego wrócić.
 
Następca: u mnie są to przede wszystkim balsamy z Bath & Body Works, w aktualnie używanym wariancie zapachowym.
 

13. Pielęgnacja Młodości - krem matująco-normalizujący; AA (50ml; ok.18-20zł).
Świetny krem do twarzy na dzień, który bardzo mocno przypadł mi do gustu! Nie tak dawna napisałam pełną jego recenzję, którą przeczytacie TUTAJ. Co mogę napisać w skrócie na jego temat? Świetnie matowił moją cerę, dobrze współpracował ze wszystkimi podkładami, nie podrażniał, nie zapychał i nie wysuszał cery! Zdecydowanie jeszcze się spotkamy! :)

Następca: emulsja energizująca Vitaceric Dr Irena Eris.

14. Dwufazowy płyn do demkijażu Awokado; Bielenda (100ml; ok. 6zł).
Wcześniej nie znosiłam dwufazówek, a odkąd wypróbowałam tę z Lirene, a później dwufazy z Bielendy, okazało się, że nagle wszystko mi się poprzestawiało i micele poszły w odstawkę! Zwłaszcza te, które do niczego się nie nadają! ;) Dwufazówka z Bielendy skutecznie sobie radziła z każdym makijażem, nie zostawiała na oczach efektu pandy i zmywała nawet wodoodporne kosmetyki. Zastanawiam się tylko, czy wystarczająco dobrze zmywa azjatyckie kremy BB (macie na ten temat jakieś przemyślenia?). Cenię w niej to, że nie podrażniała mi oczu oraz nie zostawiała tak zwanej mgły! Zdecydowanie do powtórki!

Następca: płyn dwufazowy Bawełna z Bielendy.

15. Żel pod oczy ze świetlikiem i herbatą; Flos Lek (15ml; ok.8zł).
Uwielbiam te żele! Zużyłam już dwie tubki i uważam, że są one totalnym must-have w mojej kosmetyczce! Świetnie koi zmęczone powieki i okolice oczu, a wyjęty prosto z lodówki, momentalnie odświeża spojrzenie i redukuje opuchnięcia! Oczywiście mam już kolejną tubkę! :)

Następca: żel pod oczy ze świetlikiem i aloesem.
 

16. Pianka do mycia rąk Sweet Pea; Bath & Body Works (259ml; od 19 do 29 zł).
Zgodnie uwielbiamy z Michałem ten wariant pianek do mycia rąk z Bath & Body Works i oboje bardzo doceniamy ich delikatność dla skóry. No dobra, Michał nie zwraca na to aż takiej uwagi, ale ja i owszem. W dodatku odkryłam, że po umyciu rąk z użyciem tej pianki nie czuję większej potrzeby stosowania kremu do rąk i często o tym zapominam, natomiast po użyciu zwykłego mydła w kostce bardzo często wybiegam z łazienki jak poparzona, łapiąc pierwszy lepszy krem do rąk ;) Ciąle wracamy do tych pianek! Więcej napisałam w recenzji TUTAJ.
 
Następca: pianka do mycia rąk Aloha Orchid z Bath & Body Works.
 
17. Zmywacz do paznokci z acetonem; Isana (250ml; ok.10zł?).
Nigdy więcej! To moja druga butelka tego zmywacza i o ile na początku całkiem mi odpowiadał, tak teraz koszmarnie przesusza mi paznokcie i zostawia paskudny, trudno zmywalny biały osad na paznokciach i skórze. Nie wiem nawet czy wykończę resztkę odlaną w mniejszą buteleczkę... Jakie zmywacze polecacie?
 
Następca: niestety ten sam produkt, na gwałt szukam czegoś lepszego!
 
18. Pasta do zębów; Himalaya Herbals (ok.12zł/szt.).
Zwykle nie pokazuję tutaj past do zębów, ale ta jest wyjątkowa! Doskonale rozumiem wszelkie zachwyty w blogosferze! Jest delikatna dla zębów i dziąseł, nie podrażnia, a nawet pomaga podleczyć wszelkie ewentualne skaleczenia, czy uszkodzenia (nie wiem, jak to ująć w słowa). Oboje z Michałem zauważyliśmy, że w czasie korzystania z tej pasty w ogóle nie mieliśmy problemów z krwawieniem dziąseł i generalnie nie borykaliśmy się z żadnymi podrażnieniami jamy ustnej (:D). Już mam kolejną tubkę!
 
Następca: ten sam produkt!
 

19. Krem do rąk z masłem shea' L'Occitane.
Pozwolę sobie zostawić moją opinię do czasu recenzji całego koszyczka ;)
 
20. Pomadka ochronna Soft Rose; Nivea (ok.10 zł/szt.)
Bardzo dobra pomadka ochronna, która dobrze nawilżała i natłuszczała moje usta i zabezpieczała je przed czynnikami zewnętrznymi. Nie przypadła mi do gustu tak bardzo, jak wersja Vitamin Shake, ale również ją lubię. Może jeszcze ją kupię.
 
Następca: Nivea Vitamin Shake i inne pomadki ochronne, porozkładane w torebkach i kieszeniach ;)
 
21. Podkład nawilżający Healthy Mix; Bourjois (ok.60zł/op.).
To chyba mój faworyt wśród wszystkich płynnych podkładów, których do tej pory używałam! Zresztą niejednokrotnie wymieniałam go wśród moich kolorówkowych ulubieńców! Mam nadzieję, że nowa wersja podkładu rzeczywiście różni się tylko opakowaniem, bo HM, który właśnie wykończyłam nie tylko bardzo zadowalająco krył (na większe niespodzianki i tak potrzebuję korektora), ale też zostawiał na twarzy ślicznie wykończenie (taki trochę glowy look), które matowiłam zwykle tylko tam gdzie potrzebowałam, czyli w strefie T. Bardzo dobrze trzymał się na mojej twarzy, nie ciemniał, nie robił plam. No po prostu świetny! Mam kolejną buteleczkę, mam nadzieję, że również się sprawdzi! :)
 
Następca: Rimmel Match Perfection.
 
22. Żel pod prysznic z werbeną; L'Occitance
Podobnie, jak w przypadku kremu, swoje wrażenia opiszę zbiorczo w poście "koszyczkowym".


23. Hydrosense - krem nawilżający do skóry mieszanej; Oeparol (50ml; ok.15zł).
Początkowo byłam bardzo zadowolona z tego kremu, bo naprawdę świetnie nawilżał moją cerę i szybko radził sobie z pokatarowymi przesuszeniami na nosie i innymi tego typu przygodami, a później nagle przestał mi wystarczać. Zupełnie nie wiem czemu, skoro wcześniej był ok, ale prawda jest taka, że ostatniej zimy moja twarz chyba zmieniła swoje przyzwyczajenia i przestała traktować nawilżanie jako zło konieczne, a zaczęła doceniać coraz większe jego dawki. Jak wspomniałam, większość kremu zużyłam zimą, dopóki nie zaczął być niewystarczający. Pewnie sprawdziłby się wiosną, bo był lekki i łatwo się wchłaniał, ale zauważyłam, że końcówka kremu zmieniła kolor, więc resztkę postanowiłam wyrzucić.
 
Następca: lekki krem głęboko nawilżający Pharmaceris A.
 
24. Odżywka podkładowa Foundation II; Nail Tek (ok.20zł/szt.).
Jak dla mnie ten produkt to totalna porażka! Nie wiem, czy ja po prostu nie lubię się z Nail Tekami, czy ta formuła nie była odpowiednia dla moich paznokcie, ale po każdym użyciu tej odżywki, miałam wrażenie, że moje paznokcie są w jeszcze gorszym stanie. Miałam 3-4 podejścia do tej odżywki i skończyło się na tym, że połowa leci do kosza! Teraz walczę z formułą III i choć jest trochę lepiej, to nadal nie jestem do końca zadowolona. Na pewno więcej nie wrócę do tej odżywki, bo choć wielu z Was pomaga, to dla mnie jest zwyczajnie koszmarkiem!
 
Następca: duet Nail Tek III
 
***
 
To by było na tyle, jeśli chodzi o moje majowo-czerwcowe zużycia! Poszło całkiem nieźle, ale biorąc pod uwagę niedawno otrzymaną ogromniastą paczkę od Lirene i Under 20, którą pewnie widziałyście na wielu innych blogach (ale u mnie też zobaczycie ;)), chyba i tak jeszcze sporo roboty przede mną w związku z "odgruzowywaniem" szafek z zapasów kosmetycznych :D
 
A jak prezentowały się Wasze zużycia w ostatnim czasie? Czy Wy też macie ochotę ujrzeć w końcu kawałek pustej szafki ;))
K.
Czytaj dalej

sobota, 6 kwietnia 2013

Lutowo-marcowe denko

Cześć Dziewczyny!

Być może zauważyłyście, że w marcu bardzo mocno ociągałam się z postem denkowym, tak mocno, że ostatecznie postanowiłam połączyć denka z dwóch miesięcy. Bynajmniej nie dlatego, że w lutym było tego mało, o nieee... Nazbierało się tego całkiem sporo, a marzec tylko dopełnił dzieła, bo przez te dwa miesiące zużyłam łącznie 38 produktów!


Wobec powyższego nie chcę Was zbytnio zanudzać długimi opisami produktów, które były już recenzowane, dlatego odeślę Was do gotowych już recenzji tych kosmetyków. A teraz - nie przedłużając - przejdźmy do rzeczy :)


1. Balsam intensywnie ujędrniający MaXSlim; Lirene (500ml; ok.20zł).
Względem tego produktu mam dość mieszane uczucia, bo szczerze powiedziawszy nie zauważyłam większych efektów. Wielokrotnie powtarzam, że sam balsam nie jest w stanie niczego zmienić, no ale cokolwiek, tak na zachętę, naprawdę by nie zaszkodziło ;) Więcej planuję napisać wkrótce w poście, który przybliży Wam nieco trzy produkty z serii MaXSlim. Na razie nie planuję powrotu.

Następca: brak;

2/3. Żel + oliwka pod prysznic mango; Lirene (250ml; ok.8zł).
Jednym słowem - ulubieniec! Więcej w recenzji KLIK. Na pewno do niego wrócę!

Następcy: imbirowy żel pod prysznic The Body Shop; żel pod prysznic Bath & Body Works Twilight Woods; żel pod prysznic żurawina i biała herbata Isana;


4. Szampon do włosów Smooth Relax; Syoss (500ml; ok.10-12zł).
Z tego szamponu więcej korzystał mój chłopak, ale i ja wielokrotnie mu go podkradałam. Obojgu nam przypadł do gustu, nie plątał włosów i ładnie je wygładzał. Włosy mojego chłopaka były bardzo miękkie, pomimo tego, że nie stosuje on żadnych odżywek i po powrocie do sprawdzonego wcześniej szamponu jednoznacznie stwierdził, że ten był o wiele lepszy. W ogóle nagle zrobił się wybredny, jeśli chodzi o szampony, więc to więcej niż pewne, że wrócimy do tej wersji Syoss'a :)

5. Szampon do włosów z aloesem; Equilibra (250ml; ok.20zł).
Świetny szampon! Nie tylko dobrze oczyszczał włosy i skórę głowy, ale i bardzo skutecznie łagodził działanie detergentu (ALS), dzięki wysokiej zawartości aloesu (drugie miejsce w składzie). Najlepiej sprawdzał się w duecie z maską z pięciu alg i masłem shea z Bingo Spa. Mam jeszcze jedną butelkę i z przyjemnością do niego wrócę :)

6. Szampon z aloesem i hibiskusem; Alverde (200ml; ok.2 euro).
Kolejny dobry szampon, który dobrze się u mnie sprawdził, mimo wszystko wolę jednak używać szamponów, które nie zawierają alkoholu tak wysoko w składzie. Mam wrażenie, że przy dłuższym używaniu wzmagają one swędzenie skóry, więc staram się nie używać ich na co dzień, tylko co drugie, trzecie mycie. Poza tym, moim zdaniem ta wersja niewiele się różni od szamponów z Alterry. Dobry, ale niekoniecznie must have. Na razie nie wrócę do niego.

Następca: Nivea 2w1 (jego szampon); Natura Siberica Objętość i Nawilżenie (mój szampon);

7. Kuracja z aloesem i hibiskusem; Alverde (150ml; ok.2 euro).
Świetnie nawilża włosy i sprawia, że są niesamowicie mięciutkie. Bardzo ładnie po niej błyszczą i dość dobrze się układają. Mam ochotę na więcej! :)

Następca: maska z pięcioma algami i masłem shea Bingo Spa;


8. Olejek antycellulitowy brzoza i pomarańcza; Alterra (100ml; ok.18-20zł).
Od tego olejku zaczęłam przygodę z olejowaniem włosów, ale nie stosowałam go tylko w tym celu. Na włosach sprawdzał się dość dobrze, ale tak naprawdę najprzyjemniej sprawował się do masażu i do nawilżania ciała. Uwielbiam jego energetyczny, pomarańczowy zapach! Chętnie bym do niego wróciła, ale mam jeszcze kilka olejków i oliwek, które muszę zużyć, dlatego na razie nie, ale nie mówię mu nigdy! ;)

Następca: olejek z jaśminem z Orientany;

9. Wcierka do włosów i skóry głowy Jantar; Farmona (100ml; ok.10zł).
Bardzo dobra i skuteczna wcierka do skóry głowy. Naprawdę widzę po niej wysyp baby hair i czuję, że łagodzi wszelkie podrażnienia skóry głowy i przynosi mi odczuwalną ulgę, dlatego chętnie ponowiłam ten zakup! :)

Następca: ten sam produkt;


10. Oczyszczający żel peelingujący do mycia twarzy Pielęgnacja Młodości; AA (150ml; ok.15-18zł).
Całkiem dobry produkt, choć ja traktowałam go bardziej jako żel pod prysznic, niż jako peeling, choć przy odrobinie energii dawał radę. Więcej przeczytacie w recenzji KLIK. Nie wrócę do tego produktu, głównie dlatego, że nie przepadam za takimi hybrydami.

Następca: pianka do mycia twarzy z serii Pharmaceris A;

11. Płyn micelarny; Bourjois (250ml; ok.13zł).
Bardzo lubię ten micel i chętnie do niego wracam. Tej butelki używałam wspólnie z mamą, której też  ten produkt przypadł do gustu. Niedługo dodam na jego temat swoje trzy grosze, więc nie będę się teraz zbytnio rozpisywać. Po prostu warto po niego sięgnąć, bo może być świetną i wydajną alternatywną dla Biodermy. Już korzystamy z kolejnej butelki i na pewno będziemy kupować kolejne.
Następca: ten sam produkt;

12. Oczyszczający żel do mycia twarzy; AA Eco (125ml; ok.25zł).
Z tego żelu korzystałam kiedy chciałam potraktować moją twarz łagodnie i nie narażać ją na codzienne tarcie peelingiem (patrz nr. 10). Produkt dobrze oczyszczał i odświeżał twarz, ale obok ogórka, to on niestety nawet nie stał. Niedługo napiszę o nim więcej, bo wiem, że niektóre z Was były go ciekawe. Niestety, nie wrócę do tego produktu z kilku względów, o których wkrótce.

Następca: pianka do mycia twarzy z serii Pharmaceris A;


13. Czyścik Angels on Bare Skin; LUSH (100g; ok.6 funtów/10 euro).
Bardzo fajny i przyjemny czyścik do twarzy, który dobrze oczyszczał i jednocześnie pielęgnował cerę. Na pewno warto poznać ten produkt, ale nie do końca rozumiem, na czym polega jego fenomen. Więcej napisałam w recenzji KLIK. Na razie nie wrócę do niego, bo i nie mam jak, ale nawet w razie możliwości zakupu skuszę się raczej dla odmiany na coś innego.

Następca: pianka oczyszczająca z serii Pharmaceris A;

14. Krem złuszczający z 5% zawartością kwasu migdałowego Sebo-Almond Peel 5%; Pharmaceris T (50ml; 30-40zł).
To był naprawdę świetny krem, który nie dość, że poradził sobie z wysypem podskórnych gul, to jeszcze trzymał moją skórę w ryzach przez większy czas, kiedy go stosowałam. Pod koniec skóra jakby trochę się przyzwyczaiła, a dodatkowo zimą zmieniły się jej potrzeby, dlatego póki co robię sobie od niego przerwę, ale na pewno do niego wrócę! Piekielnie wydajny produkt! Używałam go tylko na noc, prawie codziennie przez pół roku! Więcej napisałam w recenzji KLIK.

Następca: najpierw krem nawilżający dla cery normalnej i mieszanej Oeparol Hydrosense, a obecnie Pharmaceris A lekki krem głęboko nawilżający oraz punktowo Effaclar Duo z La Roche-Posay;

15. Krem przeciwtrądzikowy matująco-normalizujący Sebostatic Dzień; Pharmaceris T (50ml; 30-40zł).
Kolejny świetny produkt z serii T! Świetnie radził sobie z utrzymaniem odpowiedniego nawilżenia skóry, jednocześnie mając lekki wpływ na opóźnienie świecenia się twarzy. Przyznam szczerze, że trochę za nim tęsknię, choć obecnie stosowany krem również jest dobry, to jednak mam wrażenie, że ten odrobinę lepiej trafiał w potrzeby mojej skóry. Więcej napisałam w recenzji KLIK.

Następca: najpierw krem matująco-nawilżający z AA Pielęgnacja Młodości, a obecnie Dr Irena Eris energizujący krem na dzień dla cery tłustej i mieszanej z serii Vitaceric; 

16. Krem pod oczy odżywczo-nawilżający Ultra Odżywianie; AA (15ml; ok.15-20zł).
Pamiętam, że kupiłam ten krem trochę w ciemno, ponieważ Rossman wycofał mój ulubiony krem pod oczy z Alterry. Szukałam wtedy czegoś, co miałoby treściwą, kremową konsystencję i co obiecywało jakieś odżywienie skóry - szczególnie przy stosowaniu na noc. W większości trafiałam na same żele, a w tej kategorii już mam swojego ulubieńca z Flos-Lek, a ten krem z AA wpadł mi w ręce przypadkiem, ale przekonał mnie do siebie prawie od razu. Wprawdzie efekty stosowania nie są jakieś spektakularne, ale podobała mi się zarówno konsystencja, jak i jego delikatne działanie. Nie podrażniał skóry wokół oczu, ani samych oczu, nie tłuścił skóry, ale sprawiał, że była miękka, dobrze nawilżona i przyjemnie napięta. Świetnie sprawdzał się też pod makijaż, a ponadto był szalenie wydajny! Stosowałam go niemal codziennie na noc, czesto również na dzień, aż od czerwca ubiegłego roku!!! Aktualnie mam kilka kremów pod oczy w zapasie, ale  gdyby nie to, to na pewno kupiłabym go jeszcze raz!

Następca: nawilżająco-rozjaśniający krem pod oczy Wrażliwa Natura 20+ od AA;


17. Imbirowe masło do ciała; The Body Shop (50ml; 20zł).
To masło należało do limitowanej świątecznej kolekcji, więc prawdopodobnie nie jest już dostepne, ale mimo to warto o nim wspomnieć. Jeśli chodzi o zapach - wiadomo, nie wszystkim przypadnie do gustu, mi się podobał, ale sięgałam po nie dość nieregularnie, bo na co dzień mnie męczył. Co do właściwości pielęgnacyjnych - było dobrze, ale nie powalająco. Masło dobrze nawilżało skórę, ale miało jak dla mnie zbyt zbitą konsystencję i trzeba było się nieźle nagimnastykować, żeby dobrze je rozprowadzić na ciele, bo dość ciężko się rozsmarowywało. Gdybym nie wypróbowała wcześniej kilku próbek masła z shea, to stwierdziłabym, że ten rodzaj produktów z TBS zupełnie nie jest warty swojej ceny, a tak - sądzę, że wszystko zależy od wersji zapachowej i właściwej jej konsystencji. Nie wróciłabym do tego produktu, nawet gdyby był dostępny w regularnej ofercie.

Następca: wykańczam masło do ciała z granatem Pharmatheiss Granatapfel i szarlotkowe masło do ciała Sweet Secret z Farmony;

18. Peelingujący żel pod prysznic z imbirem; The Body Shop (75ml; brak informacji o cenie).
Przyznam, że liczyłam na to, że ten kosmetyk będzie raczej peelingiem, niż żelem, ale niestety trochę się zawiodłam. Owszem, produkt posiadał drobinki ścierające, ale nie były one na tyle ostra, żeby porządnie złuszczyć martwy naskórek. Dla mnie to był raczej żel z drobinkami masujacymi, który spokojnie można by stosować codziennie. Tym razem zapach był odpowiednio wyważony i kąpiel z tym produktem nie była męcząca i dość chętnie sięgałam po ten żel. Niestety produkt ma jeszcze jedną wadę - jestem świadoma, że to miniaturka, ale nawet jak na miniaturkę produkt skończył się bardzo szybko. Wolę kupić albo żel, albo peeling, dlatego nie kupiłabym tego produktu.

Następca: wykańczam peeling szarlotkowy Sweet Secret z Farmony;


19. Krem regenerujący do stóp z 30% zawartością mocznika; Lirene (100ml; ok.10zł).
Ten krem darzę wyjątkowo mieszanymi uczuciami - z jednej strony doceniam jego działanie, a z drugiej do szału doprowadzają mnie jego wady, sprawiające, że jego stosowanie bywa zwyczajnie upierdliwe. Zamierzam go wkrótce zrecenzować, ponieważ mam jeszcze około połowy drugiej tubki, otrzymanej w ramach współpracy. Szczerze powiedziawszy, nie mam zielonego pojęcia, czy jeszcze go kiedyś kupię, czy może postawię na coś innego.

Następca: ten sam produkt;

20. Krem do rąk RATUNEK z 10% zawartością masła shea; Lirene (50ml; ok.8zł).
Ten krem zasługuje na osobna recenzję, bo moim zdaniem jest naprawdę świetny! Bardzo mi pomógł, kiedy miałam przesuszoną i popękaną od mrozu skórę. Jego zalety docenił również mój M. Na pewno do niego wrócę!

Następca: brak następcy w celach ratunkowych ;)

21. Krem do rąk Kwiat Hibiskusa; L'Occitane (30ml; 29zł).
Ze wszystkich kremów z L'Occitane, jakie miałam okazję dotąd wypróbować, ten był według mnie najlepszy. Bardzo żałuję, że znajdował się w edycji limitowanej, ponieważ cudownie pachniał hibiskusem - bardzo intensywnie i kwiatowo,  a ponadto bardzo dobrze nawilżał skórę. Był dużo lepszy, niż jego młodszy brat z serii Magiczne Kwiaty recenzowany TUTAJ. Niestety nie jest już dostępny.

Następca: wykańczam krem do rąk REGENERACJA z Lirene;


22. Mydło w płynie róża i jogurt - uzupełnienie; Isana (500ml; ok.5zł?).
Przyjemne, dobrze oczyszczające mydełko. Miało ładny zapach i robiło, co miało robić, ale moim zdaniem jest naprawdę słabo wydajne - cały wkład wykorzystaliśmy w ciągu 1,5 miesiąca i bardzo szybko było widać ubytek w butelce z mydłem. Pewnie kupię jeszcze inne warianty, bo jest to tani produkt, ale nie darzę go większymi uczuciami ;)

Następca: aloesowe mydło OnLine;

23. Mydło w piance Sweet Pea; Bath & Body Works (259ml; 29zł).
Nasze ulubione mydełko! Świetnie oczyszcza dłonie, pięknie pachnie i nie wysusza dłoni. Uwielbiam w nim to, że po umyciu rąk bardzo długo czuć zapach. Wprawdzie produkt swoje kosztuje, ale po pierwsze jest w wiecznej promocji za 19-20zł, a po drugie jest naprawdę wydajny. U nas stoi w WC i wystarcza nam zawsze na około 2 miesiące. Ciągle kupujemy ten sam wariant! Pełna recenzja TUTAJ.

Następca: ten sam produkt;

24. Zmywacz do paznokci z acetonem; Isana (250ml; ok.5zł).
Bardzo dobry i naprawdę skuteczny zmywacz paznokci. Nie wysusza szczególnie ani płytki, ani skórek i dobrze sobie radzi ze zmywaniem każdego lakieru. Czego więcej chcieć? Mam już kolejną butelkę.

Następca: ten sam produkt;

25. Antyperspirant w kulce; Dove (50ml; ok.10zł).
Dość dobry antyperspirant. Miał przyjemny zapach i dość dobrze chronił przed poceniem, jednak czasami, kiedy byłam dłużej poza domem, miałam wrażenie, że mi nie wystarcza, dlatego nie wrócę do niego.

Następca: moim zdaniem najlepsze są antyperspiranty z Rexony, teraz mam wersję z aloesem;


26. Tusz do rzęs False Lash Effect Fusion; Max Factor (50zł/szt.).
Jeden z moich ulubionych tuszy do rzęs! Bardzo lubię efekt, jaki daje na moich rzęsach i używam go właściwie na co dzień. Jedyne czego mi w nim brakuje, to możliwości zbudowania mocniejszego efektu, do makijażu wieczorowego. Pełna recenzja TUTAJ. Na pewno jeszcze do niego wrócę.

Następca: tusz do rzęs One by One Satin Black; Hean Maxxi Lash Flexi;

27. Tusz do rzęs Growing Lashes; Wibo (10zł/szt.).
Ten tusz miał być ideałem i faktycznie niewiele mu zabrakło, bo efekt, jaki dawał na rzęsach bardzo mi się podobał, niestety ma jedną cechę która go dyskwalifikuje i raczej do niego nie wrócę. Niedługo postaram się napisać o nim więcej.

Następca: tusz do rzęs One by One Satin Black; Hean Maxxi Lash Flexi;

28. Brązowa kredka do powiek Smooth Definer; Oriflame (22zł bez promocji).
Moja ulubiona kredka po wielu, wielu miesiącach użytkowania w końcu dokończyła żywota. Uwielbiam ją za kolor, który jest ciemnym brązem, zbliżonym do gorzkiej czekolady, ponieważ świetnie podkreślał oczy, nie będąc jednocześnie tak oczywistym i mocnym akcentem, jak czerń. Na pewno jeszcze do niej wrócę!

Następca: brązowa kredka Glimmerstick Diamonds z Avonu, którą dostałam od La Frambuesy;

29. Pomadka ochronna; Oeparol (ok.6zł/szt.).
Dość dobra pomadka ochronna, która dbała o moje usta zimą. Nie mam do niej żadnych zastrzeżeń, choć z pewnością nie powaliła mnie też na kolana i nie rozkochała tak, jak Nivea Vitamin Shake. Po prostu - dobry produkt ochronny na co dzień. Nie wiem, czy jeszcze po nią sięgnę.

Następca: w kieszeni mojej kurtki zadomowiła się teraz pomadka ochronna Noni Care;

30. Odżywka do paznokci Nourish Me; Essie (36zł/szt.).
To moja ukochana odżywka i jednocześnie baza pod lakier! Używałam jej praktycznie za każdym razem, kiedy malowałam paznokcie i wystarczyło mi jej dokładnie na 11 miesięcy! Świetnie dbała o moje paznokcie, a największą różnicę zauważyłam na samym początku, kiedy to właściwie momentalnie przestały się rozdwajać. Później jej moc jakby spadła, ale nadal dość dobrze się sprawowała i zawsze wracałam do niej z podkulonym ogonem, kiedy inne "cud" odżywki okazywały się robić spustoszenie. Na pewno jeszcze do niej wrócę!

Następca: Sally Hansen odżywka Green Tea & Bamboo;


31. Maska z naturalnego jedwabiu z algami filipińskimi i aloesem; Orientana (15zł/szt.).
Bardzo podobało mi się działanie tego produktu. Twarz była wyraźnie nawilżona, ale nie lepiąca. O wadach i zaletach takiej formy maski rozpisywałam się TUTAJ. Być może wrócę do niej raz na jakiś czas w ramach maseczki "bankietowej".

32/33. Maseczka aktywnie oczyszczająca z białą glinką; AA (10ml; ok.5zł).
Z tego produktu nie byłam zbytnio zadowolona. Szczerze powiedziawszy nie zauważyłam zbytnio efektów. Nie wrócę do niej.

34/35. Bibułki matujące; Beauty Formulas (50szt./ok.11zł).
Bibułki kupiłam w dwupaku ponad rok temu, ale na początku używałam ich dość sporadycznie. Dobrze ściągały nadmiar sebum i nie ingerowały zbytnio w makijaż, ale w kryzysowych sytuacjach nie mogło się obejść bez użycia pudru, ponieważ inaczej mat nie trwał zbyt długo. Na razie wypróbuję inne produkty tego typu.

Następca: bibułki matujące z Marion;


36/37. Szampon przeciwłupieżowy ELESTABION T; Flos-Lek (ok.3zł za saszetkę z dwoma porcjami).
Tego szamponu używałam w lutym raz w tygodniu w ramach kuracji. Nie mam raczej problemów z łupieżem, ale moja skóra głowy bywa podrażniona i zdarzają się czasem drobne ranki i podejrzane farfocle ;) Ten szampon całkiem fajnie spisywał się w łagodzeniu podrażnień i okiełznaniu skóry głowy. Ciekawa jestem jak sprawdziłby się stosowany regularnie.

38. Maska nawilżająca; AA (ok.5zł/szt.).
Ta maska niestety również niezbyt przypadła mi do gustu, myślę, że za sprawą parafiny w składzie była dla mnie zbyt tłusta i zamiast nawilżająco, działała raczej natłuszczająco, a tego moja cera zdecydowanie nie potrzebuje.

+ próbka kremu rozświetlającego i odlewka bogatego balsamu do dłoni z Pat&Rub.


No cóż, pewnie nie trzeba być jasnowidzem, żeby stwierdzić, że kwiecień pewnie będzie dość słabym miesiącem, jeśli chodzi o zużycia. Niemniej jednak jestem szalenie dumna z tego, ja dużo kosmetyków udało nam się wykorzystać do dna przez ostatnie dwa miesiące :)

A jak tam Wasze denkowanie? :)
K.
Czytaj dalej

środa, 23 stycznia 2013

Ulubieńcy roku 2012 - pielęgnacja

Cześć Dziewczyny!

Przyszła pora na drugą część ulubieńców roku 2012 (pierwsza część - kolorówka TUTAJ), tym razem pokażę Wam kilka kosmetyków, które urzekły mnie w sferze pielęgnacji. Przyznam szczerze, że miałam niemały problem z ich wyrożnieniem, ponieważ kosmetyki pielęgnacjne zmieniam stosunkowo często. Do niektórych wracam częściej, do innych rzadziej, a czasami mimo owocnej znajomości nie jestem w stanie wrócić do nich w tym samym roku, ze względu na spore zapasy i chęć wypróbowania nowości. Mimo to wybrałam kilkanaście kosmetyków, które w ubiegłym roku dały mi się zapamiętać w sposób szczególny - czasami wyróżniałam markę, czasami rodzaj produktu, ale częściej starałam się wyróżnić jednak konkretny kosmetyk.

Zresztą, dość tych wstępów! Wszystkiego dowiecie się czytając ciąg dalszy :)

***
PIELĘGNACJA CIAŁA


Po pierwsze balsamy z Bath & Body Works, które urzekły mnie bogatym wyborem zapachów i bardzo dobrymi właściwościami pielęgnacyjnymi. Wprawdzie warto po raz kolejny wspomnieć, że moja skóra nie należy do najbardziej wymagających, a mój nos jest mocnym flirciarzem i wiele zapachów jest w stanie go uwieść, to jednak uważam te produkty za naprawdę niezłe kosmetyki, na które warto zwrócić uwagę. Może składy nie powalają, ale nie tylko to się liczy w życiu. Czasami do szczęścia wystarczy obezwładniający zapach i przyzwoite właściwości. Niedługo postaram się przybliżyć Wam zarówno same produkty, jak i moje ulubione linie zapachowe tej marki.

W ubiegłym roku używałam wielu balsamów i masełek do ciała i wiele z nich bardzo mi się podobało, jednak te powyższe na tyle oczarowały mnie swoimi zapachami, że to właśnie te produkty postanowiłam wyróżnić w tej kategorii, choć gdyby nie bogactwo zapachów, mogłabym równie dobrze wyróżnić mleczka do ciała z Bielendy i Biotherm.


Żel + oliwka pod prysznic z oliwką z mango od Lirene, to mój niekwestionowany hit prysznicowy. Ten żel zabierałam do kąpieli chyba najczęściej ze wszystkich w ubiegłym roku. Miałam również wersję z bawełną, ale chyba minimalnie bardziej przypadło mi do gustu mango. Jest to produkt, którego zakup z pewnością będę ponawiać co jakiś czas. Aktualnie mam jeszcze dwie butelki w zapasie :) Pełną recenzję tego produktu znajdziecie TUTAJ.

Żele pod prysznic z Original Source, to kolejne produkty pod prysznic, które za każdym razem uwodzą mój kochliwy nos. Pomimo szerokiego wyboru opcji zapachowych, najbardziej do gustu przypadła mi wersja śliwka + syrop klonowy, z najnowszej, zimowej edycji żeli. Lubię produkty tej marki za to, że nie tylko umilają kąpiel zapachem, ale również dobrze oczyszczają skórę jednocześnie jej nie przesuszając.


Jeśli chodzi o kremy do rąk, to w tej kategorii zdecydowanie przodują kremy z Isany. Równie dobrze sprawdziły się u mnie wersje migdałowa i z kwiatem pomarańczy. Ostatnio polubiłam również wersję z mocznikiem, którą traktuję jako treściwy krem do rąk na noc. Szkoda tylko, że większość najbardziej atrakcyjnych zapachowe wersji to edycje limitowane, dlatego wyróżniam kremy tej marki jako ogół, ponieważ, te, których do tej pory używałam miały zbliżone właściwości pielęgnacyjne.

***
PIELĘGNACJA TWARZY


Kolejnym megahitem w pielęgnacji jest dla mnie duet kremów z Pharmaceris. Bardzo dobrze sprawdziły się, kiedy moja twarz borykała ze wzmożonym atakiem nieprzyjaciół i dziwnych podskórnych gul. Krem na dzień całkiem nieźle utrzymuje nawilżenie i delikatnie wspomaga matowienie cery, natomiast krem z kwasem migdałowym, który stosowałam na noc, świetnie trzymał moją cerę w ryzach i usprawniał gojenie się wszelkich niespodzianek, które ośmieliły się pojawić na mojej twarzy. Jakby tego wszystkiego było mało te dwa gagatki są chyba najbardziej wydajnymi kremami, które miałam okazję stosować. Używam obu codziennie od września i ciągle jeszcze je mam! Już drugi miesiąc patrzę na nie podejrzliwym okiem, sądząc, że kolejne użycie będzie tym ostatnim, a one ciągle są i są... ;)

O obu kremach szerzej pisałam TUTAJ i TUTAJ.


Tonik z Lirene, to dla mnie chyba największe odkrycie ubiegłego roku w kategorii pielęgnacji! Absolutnie uwielbiam ten tonik i jak tylko wykończyłam pierwszą buteleczkę, to z miejsca ruszyłam do sklepu po kolejną! Gdyby nie konieczność wykańczania zapasów, to już nigdy nie użyłabym żadnego innego produktu! :) Zresztą wszelkie zachwyty przeczytacie w recenzji TUTAJ.

Płyn micelarny Bioderma H2O, to już produkt kultowy w blogosferze. Jedne z Was go kochają, inne nienawidzą, ale nie da się zaprzeczyć, że jest to produkt, który każdy chce wypróbować. Ja zdecydowanie należę do tej pierwszej grupy. Płyn nie podrażnia moich oczu i świetnie radzi sobie z demakijażem. Bez większych problemów zmywa większość moich kosmetyków do makijażu.

W kategorii kremów pod oczy nadal szukam ideału, ale tym, po który sięgałam najczęściej jest żel ze świetlikiem z Flos-Lek. Świetnie odświeża po nieprzespanej nocy (zwłaszcza schłodzony w lodówce!), a w połączeniu z delikatnym masażem jest w stanie zdjąć opuchliznę pod oczami. To mój faworyt jeśli chodzi o poranne sytuacje kryzysowe! :)


W ubiegłym roku stosowałam wiele różnych żeli do mycia twarzy, ale zawsze najchętniej wracałam do tego micelarnego z Biedronki! Dla mnie jest idealny i wszystkie zachwyty już dawno wyraziłam w TYM poście. Będę go używać dopóki będzie dostępny. Ponownie - gdyby nie zapasy, to przypuszczam, że używałabym tylko tego produktu ;)


Nad maską Catastrophe Cosmetic zachwycałam się całkiem niedawno, więc powtórzę tylko, że chyba jeszcze nigdy nie miałam maski do twarzy, po której efekty byłyby tak dobrze i tak szybko widoczne! Nie mogę się doczekać, aż w końcu Lush otworzy swoje podwoje w Polsce. Więcej na temat tej maski poczytacie TUTAJ.


W pierwszej połowie roku zachwycałam się maską oczyszczającą z glinką szarą z rodzimej Ziaji. Nadal bardzo lubię ten produkt i chętnie do niego wracam, choć ostatnimi czasy próbowałam masek z innych firm, to jednak ta nadal stoi na podium masek gotowych do użycia. Bardzo dobrze oczyszcza moją cerę, a stosowana regularnie ogranicza nieco przetłuszczanie. Więcej przeczytacie TUTAJ.

***
PIELĘGNACJA WŁOSÓW


Szampon Equilibra z 20% zawartością aloesu chyba najbardziej podpasował mojej czuprynie. Świetnie oczyszcza zarówno włosy, jak skórę głowy, a także - stosowany regularnie - nieco łagodzi nieco podrażnienia. Wysoka zawartość aloesu łagodzi ewentualne negatywne działanie ALS, czyli detergentu, zastosowanego, zamiast SLS/SLES.

Maska/odżywka do włosów z aloesem i hibiskusem z Alverde, to produkt, który fantastycznie sprawdza się na moich włosach! Pięknie je zmiękcza, nabłyszcza i pielęgnuje. Żałuję tylko, że nie jest u nas ogólnodostępny. Więcej postaram się napisać o nim wraz z recenzją szamponu i odżywki z tej samej linii.


Maski z Bingo Spa, to kolejny produkt, który moje kapryśne włosy wyjątkowo polubiły. Stosowane z umiarem nadają im piękny błysk i niesamowitą miękkość. Mam też wrażenie, że efekty masek są na moich włosach dużo bardziej widoczne, niż efekty namiętnie nakładanych olejów różnej maści. Wspominałam już, że moje włosy są kapryśne? ;)


Jedwabie w ogóle, to produkt, do którego wróciłam po dłuższej przerwie. Sama nie wiem, czemu tyle czasu byłam na nie obrażona, ale teraz sama widzę, jak dobrze sprawują się, jeśli chodzi o zabezpieczanie końcówek. Moje włosy, są dzięki nim w dużo lepszym stanie i ładniej się prezentują pomiędzy kolejnymi wizytami u fryzjera. Produkty widoczne na powyższym zdjęciu, to produkty marek CHI, Biovax i Marion. Żaden z nich nie posiada w składzie alkoholu, więc jeśli tylko Wasze włosy nie reagują paniczną reakcją na silikony, które przecież czasami są wręcz wskazane, to możecie być pewne, że te produkty powinny się u Was spisać w 100%.

No cóż, w pielęgnacji to by było na tyle. Niektóre produkty były większymi hitami, inne mniejszymi, ale myślę, że każdy z nich zasłużył na to, żeby się w tym zestawieniu znaleźć. O tych, o których jeszcze nie pisałam postaram się prędzej czy później "spreparować" jakiś post. W pierwszej kolejności na pewno zajmę się produktami Bath & Body Works, o których opisy wielokrotnie mnie prosiłyście. A na dobry początek wkrótce ogłoszę minikonkurs dla dotychczasowych obserwatorów, którzy wyrażą chęć zapoznania się z tą marką :)

I jak podobają się Wam moim pielęgnacyjni ulubieńcy? Popieracie mój wybór, a może wręcz przeciwnie? Co byście dodały lub ujęły z tego zestawienia? :)
K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast